11. i-cant-close-my-eyes`s blog
ekhmmm... >> niedziela, 14 czerwca 2009 18:39:30
aż mi głupio, nie wiem co mogę napisać, jedyne co przychodzi mi do głowy to przepraszam.
wiem, nic nie dodałam od daaawna i nie bd się usprawiedliwiać. hańbaaa^^ powiedzmy że zrobiłam sobie urlop...
ale nie przestaję czytać Waszych opowiadań, więc bd wdzięczna za powiadamianie mnie o nowościach:)
jak powiedzialam, to nie koniec działalności ale urlop, który wkrótce dobiegnie końca więc niedługo wrócę:D
:*:)
JasiuPiekarnik.
komentarze [9]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 15. >> piątek, 27 marca 2009 00:23:57
Samochód zatrzymał się pod jedną z niewielkich, ceglanych kamienic na przedmieściach Nowego Jorku, miejscem zamieszkania siostry Lindy Iero, a na chwile obecną również miejscem pobytu owej kobiety. Milczenie w pojeździe przerywane jedynie ciężkimi oddechami stawało się nie do zniesienia. Lecz oboje wiedzieli, że to co za chwile miało nastąpić jest nieuniknione.
Uściski, sztuczne gorzkie uśmiechy i napięcie, olbrzymie napięcie.
W mieszkaniu była akurat jedynie matka Franka, jej siostra wyszła do pracy. Zostawiając swoje cztery kąty pod jej pieczą. Linda zrobiła gościa po filiżance aromatycznej herbaty, prowadząc monolog o nowej wystawie w pobliskiej galerii. Mówiła. Mówiła dużo, taka zazwyczaj była jej reakcja na stres. A w tej sytuacji jakiś podświadomy głos mówił jej że to spotkanie nie będzie należało do łatwych i przyjemnych, takich z przymrużeniem oka, nie tym razem. Prowadziła więc wywód na temat Czarnego Lądu – bo właśnie Afryki dotyczyła wystawa fotografii – nie zdając sobie do końca sprawy, że plecie jakieś głupoty, by tylko opóźnić dojście do tematu, dla którego się tutaj znaleźli.
Kate nie podnosiła nawet wzroku znad kubka, a Frank krótko odpowiadał na pojedyncze pytania matki. Temat galerii szybko się wyczerpał. W końcu starsza kobieta zapytała co takiego stało się, ze jej podopieczna zdecydowała się opuścić szkołę i wyjechać tak nagle.
Pytania o ślady pobicia, wyrzuty, ze nie zgłosili tego na policji i troska w oczach pani Iero.
Przedstawienie czas zacząć. Przedstawienie w którym zmuszeni zostali zagrać pierwszoplanowe role.
Była spokojna, nie krzyczała i starała się nie denerwować. Starała... Jednak zdecydowanie w jej głosie dawało prosto do zrozumienia, że oczekuje jasnej i konkretnej odpowiedzi.
-Nie mam szans na ukończenie tej klasy. Nie dopuszczą mnie do egzaminów.
-Ale dziecko, co takiego stało się, że tak nagle straciłaś szansę na ukończenie szkoły. Przecież jeszcze niedawno twoja wychowawczyni twierdziła, że jeśli mocno się przyłożysz do nauki to zdążysz ze wszystkim – nerwy zaczynały jej powoli puszczać.
-Mamo, spokojnie. To nie takie proste – starał się ratować sytuację – Kate po prostu sobie nie radzi.
-Rozumiem, zdarzenie sprzed roku było nokautującym ciosem, ale w końcu trzeba się podnieść i żyć dalej.
-Ale ja nie mogę ot tak! Po prostu żyć dalej! – Kate aż krzyczała, a pojedyncze łzy żalu popłynęły po bladych policzkach.
-Spokojnie. Chodzi mi o to, że musisz stanąć na nogi. Nikt nie wymaga od ciebie rzeczy nierealnych, ale musisz się w końcu otrząsnąć! – powiedziała jej to o czym wiedzieli ale nikt nie mówił tego na głos, nie chcąc jej urazić.
Dziewczyna nie wytrzymała, szybko wstała od stołu i wyszła na balkon, mimo wietrznej, chłodnej pogody.
-Mogłam zostać, wtedy. Może wszystko byłoby w porządku. Ukończyłaby tą cholerna szkołę, a z czasem wszystko wróciłoby do normy. Frank, co takiego stało się , że ona miałaby sobie nie poradzić? – zadawała pytania, czuła ze o czymś jej nie mówią.
-Jak wszystko może wrócić do normy, skoro norma, dla niej, skończyła się rok temu i już nigdy nie będzie jak dawniej! Przez ten rok ciągle mówiłaś jej, że będzie dobrze i że to tylko kwestia czasu. Ale tak naprawdę nic konkretnego nie zmieniło się w jej życiu. Ten cały chaos pozostał. A ty nie zrobiłaś nic by pomóc jej się z tym uporać – wyrzucił jej to wszystko, zdając sobie sprawę że te słowa niezwykle ja ranią. – Wiem że chciałaś jak najlepiej ale teraz pozwól jej zrobić to, co sama uważa za słuszne. Nie jest 5-letnią dziewczynką, którą trzeba prowadzić za rączkę. Owszem potrzebuje rad życzliwych jej ludzi, ale nie stałej kontroli i pokazywania właściwej drogi, pozwól jej uczyć się na własnych błędach – słowa niekontrolowane, same wypływały z jego ust. Musiał tak postąpić, wiedział że takiego obrotu sprawy jego matka się nie spodziewała. Zranił ją, ale to co powiedział było prawdą.
Kilkuminutowa cisza zdawała się wiecznością.
Starała się ukryć łzy zaciskając powieki. Zdała sobie sprawę, że popełniła wiele błędów, podczas tego roku, gdy zajmowała się dziewczyną.
-Dobrze – jej cichy, przepełniony bólem głos przerwał chwilę milczenia. – Wiem, to czy ona z tobą wyjedzie, czy nie, nie jest zależne od mojej zgody, ale akceptuje jej decyzję – mówiła powoli patrząc mu prosto w oczy. – Masz rację, chciałam kierować jej życiem, ale robiłam to nieświadomie, chcąc jedynie jej dobra – wyczuł jakby przepraszający ton jej głosu.
-Mamo wiem, że chcesz dla niej jak najlepiej. I nawet nie wiesz jak ważna zarówno dla niej, jak i dla mnie jest twoje zdanie – poczuł olbrzymią ulgę, a zarazem ból, ze w tak perfidny sposób okłamuje swoją rodzicielkę, kobietę, którą kocha jak nikogo innego. Znów to przenikliwe uczucie rozdarcia...
-Pójdę do niej – powiedziała wstając od stołu i ściskając ramię syna.
Wielkie słowa. Przeprosiny. Zaufanie(?). I łzy. Zbyt dużo słonych łez.
Przytuliła, powiedziała że w nią wierzy, ze jest już silna młoda kobietą, która zaczyna nowy etap. Zapewniła, ze w razie jakichkolwiek wątpliwości może na nią liczyć.
Płakały obie.
Po dłuższej chwili wróciły do Franka sączącego już zimna herbatę.
Blady uśmiech na twarzy Kate, wyrażał niemy krzyk bólu. Tylko on potrafił to odczytać. Wystarczyło jedno spojrzenie by wiedział co się z nią teraz dzieje.
Znów uściski, tym razem na pożegnanie. Sam siebie przerażał, że bez mrugnięcia, kłamie matce tak prosto w oczy. Nie miał innego wyjścia. Sytuacja go do tego zmusiła. Przecież nie mógł zostawić Kate samej w tym bagnie, to byłoby jak wyrok. A ona zbyt wiele dla niego znaczyła.
Wyjechali z dzielnicy nie odzywając się do siebie ani jednym słowem. Nie wytrzymał tego napięcia. Zatrzymał się na poboczu i szybko wysiadł z samochodu odpalając papierosa. Podszedł do drzwi pasażera, otwierając je. Kate zaraz stała obok niego oparta o maskę samochodu. Teraz oboje wciągali do płuc tę słodką, duszącą truciznę.
-Dziękuję.
Spojrzał na nią, taka bezbronną. Nie odpowiedział. Nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Robił dla niej tak wiele, jednocześnie nie wyobrażając sobie, ze mógłby postąpić inaczej.
-Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.
Ich spojrzenia, utkwione gdzieś w oddali zdawały się jakby zagubione w otaczającej ich rzeczywistości.
Zostawili tylko kilka niedopałków i ruszyli w dalszą drogę.
***
Wyjął ich torby z samochodu, po czym z hukiem zatrzasnął klapę bagażnika. Teraz znów będą wysilać się na te sztuczne uśmiechy. Znów będą grać, w nadziei że nikt nie odkryje gorzkiej prawdy. Ostatnie spojrzenie w oczy. Uzgodnili wstępny plan działania. Teraz tylko należało go zrealizować. Tylko...
-Cześć wszystkim – zaczął z uśmiechem Frank – Kate, to wszyscy, wszyscy poznajcie Kate – starał się być... po prostu sobą, wesołym dowcipnym wariatem, którego tak uwielbiano w towarzystwie.
Stała tam obok niego, w pokoju pełnym właściwie całkiem obcych ludzi. Krępował ja wzrok ich wszystkich skupiony na jej osobie. Czuła się teraz jak małpka w zoo, z którą wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie, zupełnie jakby stała się chwilową atrakcją. Dopiero gdy poczuła łokieć Franka wbijający się w jej bok oprzytomniała. Podchodząc do każdego z kolei uściskiwała dłonie pokazując, przy tym równy rząd białych zębów. Nawet siniec pod okiem nie rzucał się w oczy, dzięki tonom podkładu nakładanego misternie przez godzinę w samochodzie.
Ogółem sprawiali miłe wrażenie, każdy powiedział jakiś komplement czy zażartował. Widziała ze starają się ją ciepło przyjąć. Tylko jeden z nich jedynie uścisnął jej dłoń zatrzymując na dłuższą chwilę wzrok zatopiony w jej źrenicach. Poczuła się nieswojo. Spuściła głowę czując że na policzki wstępują płomienne rumieńce. Uśmiechnął się pod nosem, puszczając dłoń speszonej dziewczyny, lecz nie przestawał mierzyć każdego jej ruchu, tym przeszywającym wzrokiem. Czując go na sobie była jakby niezdarna. Szklanka z sokiem, podana jej do ręki omal nie znalazła się roztrzaskana na podłodze. Po chwili gdy wszyscy siedzieli już na wygodnych sofach, spostrzegła że jest jedyną przedstawicielką płci pięknej w tym gronie, co nie dodało jej otuchy. Zauważyła również, ze Frank spogląda na nią co chwilę, jakby sprawdzając czy wszystko jest ok.
Rozmawiali, śmiali się. Atmosfera powoli rozładowywała się. Może tylko wydawało jej się tak, bo sok, który piła nie był sokiem w czystej postaci. Alkohol sprawiał że uśmiech przychodził jej łatwiej. Tylko ta para niezwykłych oczu nie dawał jej spokoju. Ich właściciel był dla niej niemałą zagadką.
-W każdym razie, nie przejmuj się szkołą. Są ważniejsze rzeczy w życiu – Bob zakończył debatę, na temat edukacji Kate, za co dziewczyna była mu szczerze wdzięczna.
Po chwili ciszy postanowiła szybko zacząć nowy wątek, byleby już nie wracać niemiłej kwestii.
-A wy to tak zawsze? – wskazała na szklankę trzymaną w dłoni – Przed koncertem impreza, po koncercie impreza. Prędzej czy później wątroby wam wysiądą i w dodatku rozpijacie swoich gości – starała się żartować.
-Spokojnie, my tak tylko przy wyjątkowych sytuacjach – powiedział właściciel tych onieśmielających ja oczu.
Znów speszyła się przez niego. Postanowiła jednak nie kończyć wymiany zdań.
-Taa... a że wyjątkowych sytuacji nie brakuje... Frank zdążył mi streścić co nieco z waszego życia w trasie, chyba żebym nie doznała szoku widząc to na własne oczy – rozbawiła ich wszystkich, z wyjątkiem tego, do którego skierowane były słowa.
-Hmm... no jednak dzisiaj jest ta jakaś wyjątkowa sytuacja. W końcu rzadko zdarza się, żeby odwiedzała nas taka dziewczyna jak ty – powiedział, podnosząc przy tym lewą brew wymownie do góry.
Mikey szturchnął brata w ramię, z uśmiechem na ustach. Ray ochoczo przytaknął twierdząc, że niezła z niej laska, po chwili zastanowienia dodając, ze w takich sytuacjach żałuje że ma dziewczynę. Znów zrobiło się głośno, lecz tym razem, ten który dotychczas robił najwięcej hałasu siedział cicho z drinkiem przystawionym do ust.
Po ostatniej wymianie zdań między Kate a wokalistą, przed oczami zapaliła mu się czerwona lampka. Starał się wybić ta uciążliwą myśl z głowy. ‘Przecież to nonsens. Nie. Wydaje ci się. To po prostu niemożliwe żeby Gerardowi wpadła w oko, nie, nie, nie. Teraz jesteś przewrażliwiony.’ Bił się z myślami. Ale przecież to był jakiś bezsens, nierealny i zwyczajnie wyimaginowany. Spojrzał na nią, rozmawiała z Mikey’em o nowym filmie, który właśnie wchodzi do kin. A Gerard pochłonięty dyskusja z Brian’em o jutrzejszym koncercie, co jakiś czas przelotnie na nią zerkał. ‘Czyżby...?’
-Frank, nie łap doła – dopiero rozbawiony głos Boba wyrwał go z zamyślenia. – Wiemy, ze nie masz się z czego cieszyć, bo musisz się nią teraz podzielić z nami, ale to że masz okazje ponownie przebywać w naszej obecności odbieraj jako dar od Boga – wywołał tym śmiech towarzyszy.
-Ja właśnie nad tym waszym towarzystwem ubolewam – odgryzł mu się. – Ok. nie wiem jak wy, ale ja jestem padnięty, pewnie to przez tą podróż tutaj. Idę się położyć. Kate, pokazać ci gdzie będziesz spała? – zwrócił się do dziewczyny.
-Hej, o to nie musisz się martwić, chętnych do pokazania jej łóżka nie będzie trzeba daleko szukać – zaśmiał się Mikey.
-Ojj... ja się własnie o ten nadmiar chętnych obawiam – dodał Frank z uśmiechem, ciągnąc za sobą Kate.
-I jak? – zapytał, gdy znaleźli się już w sąsiednim pokoju – Chyba nie jest tak najgorzej?
-Jest dobrze, przynajmniej na razie. Może to wszystko jakoś się poukłada – usłyszał w jej głosie nadzieję i szczerze go to ucieszyło. Postanowił przemilczeć na razie dręczącą go kwestię. Może sam sobie coś uroił. Poczeka na rozwój wypadków, w końcu są to zaledwie kilka godzin.
-Tu jest twój pokój – otworzył przed nią drzwi do maleńkiego pokoiku wyposażonego zaledwie w łóżko komodę i niewielką szafę.
-Hmm, ok. a gdzie jest łazienka? – nie skomentowała pokoju, nie mogła powiedzieć ze to szczyt jej marzeń, ale już nie chciała narzekać na hotel.
-Wiem, wiem jak na apartament dwie, a właściwie jedna, bo druga znajduje się w moim pokoju – spojrzał na nią z nieukrywana satysfakcją widząc jej rozzłoszczona minę – łazienka to nie za wiele – widząc jej minę szybko skończył. – Yyy.. jest obok drzwi wejściowych. Ale nie narzekaj, przynajmniej masz własne cztery ściany. My musimy się gnieść po 3.
-Dobra, dobra, już nie ważne że te wasza są 15razy większe od moich – widząc jego rozbawione spojrzenie, dodała – No mniejsza, dobranoc.
I jasno kremowe drzwi zamknęły się 10 centymetrów przed jego nosem.
***
chyba to zpieprzyłam, ale już niech będzie:D
JasiuPiekarnik.
komentarze [18]
it's alive! >> wtorek, 24 marca 2009 18:51:36
nowy mylog?
hyhy jak to działa:D
już nie jestem Panią Katastrofą, juz nie przynoszę ze sobą tylko pecha:D
zostałam ochrzczona jako JasiuPiekarnik, więc niech i tutaj tak będzie;D
chociaż ostatnio zostałam uświadomiona, że jestem w gronie kolegów (ach ci niedobrzy...) znana jako Woland (tak tak, ten z Mistrza i Małgorzaty). Ekhmmm... przecież nie jestem znowu taka straszna, moze troszeczkę diaboliczna... xDxD
ok, nowe notki są na stanie, ale czy ktoś tu jeszcze funkcjonuje???
JasiuPiekarnik.
komentarze [5]
niezwiązane z niczym coś >> sobota, 10 stycznia 2009 15:06:07
mylog zmartwychwstał
a już w niego zwątpiłam
przez ten czas napisałam troche ale dodam najwcześniej za tydzień z powodu zbliżającego się tygodnia zaliczeń, sesji. i ogólnie takie 'dedlajn' musze oddać wszystkie projekty a to łatwe nie bedzie więc spodziewajcie się mnie tutaj nie wcześneij jak w następny weekend
pozdrawiam:*:)
iii i to tyle:P
JasiuPiekarnik.
komentarze [9]
niezwiązane z niczym coś >> sobota, 10 stycznia 2009 15:06:01
mylog zmartwychwstał
a już w niego zwątpiłam
przez ten czas napisałam troche ale dodam najwcześniej za tydzień z powodu zbliżającego się tygodnia zaliczeń, sesji. i ogólnie takie 'dedlajn' musze oddać wszystkie projekty a to łatwe nie bedzie więc spodziewajcie się mnie tutaj nie wcześneij jak w następny weekend
pozdrawiam:*:)
iii i to tyle:P
JasiuPiekarnik.
komentarze [0]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 14. >> wtorek, 11 listopada 2008 02:21:04
po długiej przerwie
pisane w dziwnych okolicznosciach, dodane po powrocie z imprezy z burzą loków na głowie i zbyt dużą ilością procentów w niej, więc prosze o wyrozumiałość... ;)
***
Siedziała przy stole w jasnej, przytulnej jadalni jednego z wielu podobnych, ślicznych domków z zadbanymi ogrodami, gdzie latem zawsze kwitną wypielęgnowane róże, a zima dzieci lepią bałwana. Codzienność na przedmieściach Belleville. Rudowłosa kobieta, wyglądająca mniej więcej na 30 lat, podała jej kubek z parującą aromatyczną herbatą. Ta sama kobieta, która kilka godzin temu zabrała ją z domu, mówiąc cos o Danny’m i o tym że nie może tam zostać. Nie zrozumiała z tego wiele, praktycznie nic nie rozumiała. Nie odzywała się ani słowem, bała się że gdy tylko otworzy usta zacznie krzyczeć. Po prostu siedziała wpatrując się w jeden z dziecięcych rysunków, oprawionych i zawieszonych na ścianie, naprzeciwko niej. Kobieta cały czas coś do niej mówiła, lecz do świadomości docierało niewiele. Wiedziała że czekają na Franka, a obrazek, w który tak zawzięcie się wpatruje, jest autorstwa córeczki rudowłosej. Tyle zdołała wychwycić z niekończącej się opowieści kobiety.
Kate upijała właśnie łyk gorącego napoju gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Dotychczasowa towarzyszka poszła otworzyć i po chwili w kremowej framudze drzwi jadalni pojawił się Frank. Momentalnie spuściła wzrok, zaciskając dłonie na kolorowym kubku z herbatą, nie była w stanie po tym wszystkim spojrzeć mu w oczy. A on tylko westchnął siadając przy stole, na krześle obok niej. Oboje czuli ten mur który wyrósł w zaledwie jedna noc, a właściwie, który pojawił się wcześniej ale Kate jednym posunięciem sprawiła, że urósł do monstrualnych rozmiarów. Atmosfera zrobiła się ekstremalnie napięta, a powietrze tak gęste, że można by w nim zawiesić nawet młotek, a zapewne nie spadłby z hukiem na podłogę. Rudowłosa szybko zniknęła w innym pokoju, zostawiając ich samych. Po kilkuminutowej cisze, która zdawała się wiecznością, przełamał się.
-Wszystko ok? –zapytał spoglądając na nią.
W odpowiedzi kiwnęła tylko głową, nie odrywając wzroku od kolorowego kubka.
-Kate, zdajesz sobie sprawę z tego, że już nic nie będzie jak wcześniej – z trudem przychodziło mu dobieranie odpowiednich słów. – to, co się stało...
-Nie mówmy już o tym – szybko mu przerwała, ochrypłym głosem, po czym zanurzyła usta w gorącej herbacie.
Westchnął tylko głośno i powoli kontynuował:
-Chciałem zgłosić to na policji – na te słowa jej oczy przybrały nienaturalnie wielki rozmiar, lecz nie odezwała się ani słowem. – ale adwokat stwierdził ze najlepiej będzie z tym poczekać i nie wnosić oficjalnego donosu na tego... – na sama myśl o Danny’m czuł odrazę – W każdym razie prowadzą przeciwko niemu dochodzenia w sprawach, za które ten skurwiel nie wypłaci się całe życie. Będzie siedział za kratami aż zdechnie, więc chyba lepiej zrobić tak jak doradził prawnik? – spojrzał na nią z wyczekiwaniem na reakcję, bo naprawdę nie wiedział już kompletnie czego może się spodziewać.
-Dobrze, nie chcę zgłaszać tego na policję – spojrzała prosto w te jego niezwykłe oczy po raz pierwszy odkąd siedzieli w tej nieznośnie idealnej jadalni obcego domu, tak cholernie nie pasującej do nich, i do tego co ich spotkało. –Teraz proszę, nie wracajmy już do tego.
-Spokojnie zrobimy jak zechcesz. Ale jest jeszcze jedno... Skoro Danny póki co będzie dalej chodził wolny po ulicach, nie będziesz tu bezpieczna.
-A teraz powiesz, że muszę jak najszybciej wyjechać do Meksyku, ukryć się w jakiejś obskurnej, zabitej dechami wiosce i nie wychylać nosa za drzwi – mówiła z pewna pretensja w głosie. Do niego? Nie, mogła obwiniać tylko siebie. Bo uważała, że sama jest wszystkiemu winna. A Frank? Twierdziła, że jego również krzywdzi i niszczy jego życie.
-Nie, wiesz, jak na razie myślałam, że wyjazd z Belleville wystarczy – ironizował, odgryzając się jej.
-Ok. spakuje pare rzeczy i już mnie nie ma – przerwała mu bo chciał powiedzieć coś jeszcze.
-Nigdzie samej cię nie puszczę! – nerwy powoli zaczynały przejmować nad nim kontrolę, co z łatwością dało się wychwycić w jego głosie.
-Chcesz wyjechać ze mną? Frank, pomyśl. Niszczysz sobie życie, po jaką cholerę chcesz pogarszać sytuację udając moja niańkę?! – podniosła głos patrząc mu prosto w oczy.
-Nie niszczę sobie życia. Jesteś dla mnie kimś naprawdę ważnym i nie wyobrażam sobie, ze mógłbym ci nie pomóc. Dlatego wyjadę z tobą. Tutaj i tak nic mnie nie trzyma... – znów to zrobiła, przerwała mu w połowie zdania.
-No tak, siedziałeś tu tylko ze względu na mnie. A teraz chcesz jechać za na do jakiejś dziury na odludziu. Frank! Przejrzyj na oczy! To nie ma sensu! Jestem dorosła i potrafię radzić sobie sama! – gwałtownie wstała z krzesła i chciała wyjść, lecz delikatnie ale zdecydowanie chwycił ją jedną ręką za przedramię, zmuszając by znów usiadła.
-Nie pozwolę ci tak po prostu odejść. W tej chwili naprawdę mi przykro skoro myślisz, ze traktuje cię jak jakiś ciężar, obowiązek, którym jestem zmuszony się zajmować. To prawda, zawiodłem się na tobie cholernie, ale już nic nie zmieni pewnych faktów, więc teraz pozwól sobie pomóc i uwierz, że robię to bo naprawdę mi na tobie zależy – spoglądał na nią wyczekująco, zauważając, że dziewczyna usilnie stara się wymyślić kolejne argumenty, lecz jedynie otwiera co chwilę usta nie wypowiadając przy tym ani słowa. Po tej niezręcznej ciszy, trwającej może minutę, lecz sprawiającej wrażenie wieczności, Kate spuściła wzrok nie mogąc znieść dłużej tej pary zielono-brązowych tęczówek zaglądających w jej duszę. Wypuściła ze świstem powietrze, nie mając już siły na dalszą dyskusję zapytała ledwie słyszalnie:
-W takim razie jak sobie to dalej wyobrażasz?
Już wiedział, że nareszcie się poddała przestała walczyć, nie tylko z całym otaczającym ją światem. Nie tylko z nim. Ale też, a raczej przede wszystkim z samą sobą.
-Danny nie jest aż tak gruba rybą byś musiała ukrywać się w Meksyku – spojrzał na nią wymownie, - jego wpływy nie sięgają również całego kraju. Z tego co mówił Moor, jedynie w New Jersey może być niebezpieczny, wiec pomyślałam, ze wrócę do zespołu. No a ty, oczywiście razem ze mną. Jestem pewnie, że chłopaki będą zachwyceni kimś całkiem nowym w tej naszej komunie – mówiąc nieświadomie się uśmiechnął na myśl że wróci w trasę, do tego, co kocha, ona tym samym będzie bezpieczna.
-A co jeśli zaczną pytać? A pytań na pewno nie zabraknie. Nie chcę żeby wiedzieli, nie chcę żeby ktokolwiek wiedział! Mówiłeś im coś? – podniosła nieco głos, denerwując się.
-Spokojnie nikomu nic nie powiem. To twoja decyzja, czy ktokolwiek ma o tym wiedzieć czy nie. Powiem im że w szkole miałaś taką a nie inną, nieciekawą sytuację i niestety nie obędzie się bez powtarzania roku, więc zrobiłaś sobie wcześniejsze wakacje – mówił spokojnie, lecz sam wiedział, że za dobrze go znają by uwierzyć w tę bajeczkę z ciężka sytuacja w szkole. Jednak starał się robić dobrą minę do złej gry. Przynajmniej przy niej chciał być silny by mogła w nim znaleźć oparcie.
-Już widzę jak wierzą w te historyjki – krytykowała właściwie wszystko, co mówił, ale to wydało jej się nadwyraz idiotyczne. – Ale ok., w każdym razie prawdy nie poznają. A jeśli chodzi o szkołę to ta twoja wzmianka o powtarzaniu roku to chyba prawda jest? – bardziej stwierdziła niż zapytała.
-No właściwie to niezupełnie, chyba wystarczy, ze egzaminy końcowe napiszesz w późniejszym terminie – wymusił blady uśmiech.
-Zawsze to jakieś pocieszenie – właściwie to jej na tym nie zależało, więc nie miało znaczenia czy będzie do tyłu z całym rokiem, czy tylko z egzaminami. – A co z twoją matką? Chyba nie sądzisz, że kupi jakieś tanie kłamstwo.
-I to jest w tym wszystkim najtrudniejsze – zaczął powoli – bo nie ma pojęcia co jej powiedzieć. Zdaje sobie sprawę, że nie uwierzy w, jak to nazwałaś, ‘tanie kłamstwo’. Ale najsensowniej będzie powiązać twój wyjazd z niedopuszczeniem cię do egzaminów – nie miał innej alternatywy. Tylko to wydawało się być choć trochę realne.
-No nie wiem... ona wyczuje że cos jest nie tak. Zresztą wystarczy, że spojrzy na ciebie lub na mnie – rzuciła mu znaczące spojrzenie. Fakt, ślady bójki rzucały się w oczy.
Frank zamyślił się przez chwilę, marszcząc czoło i rytmicznie stukając palcami o blat stołu.
-Może to nawet lepiej, ze jesteśmy lekko poturbowani – widząc jej zdziwione spojrzenie dodał – powiążemy to z twoim opuszczeniem szkoły – nadal nie wiedziała o co może mu chodzić – powiemy że jakiś chłopak napadł cię w szkole, a ja dziwnym zbiegiem okoliczności wpadłem na niego w sklepie i ‘podziękowałem’ za to jak cię potraktował.
-Nadal nie rozumiem jaki to ma związek z powtarzaniem egzaminów
-Niech ten chłopak będzie siostrzeńcem dyrektorki i obróci całą sprawę na naszą niekorzyść. Więc twoje egzaminy zostałyby wyjątkowo uważnie sprawdzone, gdybyś zdawała je tutaj. Na zmianę szkoły jest już za późno, więc po prostu podejdziesz do nich w następnym terminie. To chyba nie najgorsza wersja wydarzeń? Poza tym lepszej zdaje się nie mamy – zakończył dziwna opowieść, w której sam zaczynał się gubić. Dobrze wiedział, ze kłamstwo ma krótkie nogi, a to w dodatku już na starcie wyraźnie utykało.
-Linda jest zbyt mądra kobietą by ot tak w to wszystko uwierzyć, ale właśnie, nie mamy innego wyjścia. Tylko Frank ona w żadnym razie nie może się o niczym dowiedzieć! Nikt nie może wiedzieć! – panicznie bała się prawdy. Powtarzała to już kilkakrotnie, ale nie dopuszczała do siebie myśli, że ludzie mogą dowiedzieć się tego o czym sama najchętniej by zapomniała.
-Wiem Kate, taka opcja nie wchodzi w grę. Ona o niczym się nie dowie. Obiecuje ci to – spojrzał w te jej przenikliwie zielone tęczówki, teraz tak bardzo zagubione i przepełnione strachem.
Chciał ja najzwyczajniej przytulić lecz zręcznie się odsunęła, po tym co ja spotkało miała prawo tak zareagować, więc tylko ujął w dłonie jej roztrzęsione ręce.
-Będzie dobrze, zobaczysz – powiedział cicho, starając się uśmiechnąć.
-Taa... w końcu gorzej już być nie może – ironia nie opuszczała jej nawet na chwilę.
-Proszę cię... – spojrzał na nią w ten sposób, którego tak bardzo nie znosiła – jeśli chcesz by było lepiej, musisz uwierzyć, że tak może być.
-Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz? – nic się nie odezwał. – A widzisz, wymagasz ode mnie czegoś w co, sam wątpisz. Już może najlepiej nie gadajmy o tym co było i o tym co będzie. Jest jak jest i na tym się skupmy – powoli wstała z krzesła, podchodząc do okna – Możemy już stąd iść? Nie widzę sensu siedzenia tu dalej – mówiła patrząc w jakiś nieuchwytny punkt po drugiej stronie szyby.
-Ok. pojedziemy do domu, spakujesz się i już dzisiaj wyjedziemy – widział, ze chce być twarda, udając, że ja to nie obchodzi, ale znał ją na tyle dobrze by zauważyć że to tylko gra pozorów, a w środku wciąż jest tą małą, zagubioną dziewczynką. Z tym, że teraz nie wiedział czego się może po niej spodziewać i jaką twarz mu pokaże tym razem. – Zespół jest teraz w Kanadzie, wiec tam pojedziemy, a wcześniej będzie czekać nas rozmowa z moją matką – zakończył podchodząc do drzwi i wskazując jej gestem ręki by opuściła pomieszczenie.
Bez słowa wsiedli do samochodu i odjechali by zacząć tą dziwną historię ułożoną na poczekaniu. Niepewność z jednej i determinacja z drugiej strony. To czuli oboje, bo wiedzieli, ze nie mogą zostawić tego wszystkiego samemu sobie. Nie tym razem.
Bez zastanowienia wrzucała kolejne ubrania i drobiazgi do wielkiej walizki leżącej na łóżku. Chociaż najchętniej zaczęłaby szlochać głośno do poduszki, nie pozwoliła sobie na uronienie choćby jednej, słonej łzy. Obiecała sobie, że tym razem będzie twarda i miała zamiar wytrwać jak najdłużej w tym postanowieniu. Z twarzy jednak bez trudu można było odczytać te wszystkie emocje i niepokoje dręczące ją niczym złe demony, chcące zawładnąć jej duszą. Oczy straciły swój blask i wydawały się przerażająco puste. Zupełnie jakby już nic nie miało dla niej znaczenia. Czy naprawdę tak było?
W pokoju obok Frank właśnie starał się przekonać swoja matkę, ze wszystko jest w porządku, a dokładnie całą sytuację wyjaśni jej jeszcze dziś, późnym wieczorem, gdy razem z Kate znajdą się już w Nowym Jorku. W końcu odłożył słuchawkę, gdy zgodziła się, że najlepiej będzie porozmawiać na żywo, jak już się spotkają. Odetchnął z ulgą, teraz był choć cieć szansy na powodzenie tego misternego planu, ale do tego pozostała jeszcze daleka droga i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Wykonał jeszcze jeden telefon, tym razem do menadżera zespołu. Szybko wyjaśnił Brian’owi, ze wróci do grania i że będzie z nim Kate. Mężczyzna nie robił żadnych kłopotów, ucieszył się z powrotu gitarzysty. A przecież już nie raz z chłopakami jeździły ich dziewczyny, wybranki, czy jakkolwiek je nazywali, więc dlaczego Kate nie mogłaby uczestniczyć w trasie. Oczywiście Frank wyjaśnił mu kilkakrotnie, ze z ta dziewczyną nie łączy go nic poza przyjaźnią i że sprawuje role jej opiekuna, na co Brian tylko ze znudzeniem przytakiwał. Byli kumplami, menadżer znał cel pobytu Franka w domu, ale dopowiedział sobie swoją wersję dlaczego teraz Iero wróci wraz a nią. Na koniec powiedział, że powtórzy chłopakom o jego powrocie i podał dokładny adres obecnego miejsca pobytu zespołu. Po załatwieniu telefonów pozostało mu jedynie zabrać najniezbędniejsze rzeczy, co nie zajęło więcej niż 10 minut.
Bezszelestnie, z niewielką torbą w ręku pojawił się w drzwiach pokoju dziewczyny. Przez chwilę obserwował jak Kate stara się uporać z zamkiem wielkiej walizki, który jak na złość, co chwila się zacinał uniemożliwiając jej dopięcie. Szarpała się tak dobrych kilka minut aż w końcu Frank odezwał się tuz nad jej uchem:
-Spokojnie i delikatnie, inaczej nigdy tego nie zapniesz – aż odskoczyła wystraszona.
-Chcesz żebym dostała przez ciebie zawału?! Nie rób tak więcej bo zejdę kiedyś przez ciebie – dopiął za nią zamek uśmiechając się pod nosem i ignorując całkowicie to, co do niego mówiła.
-Gotowa? – podniósł na nią pytający wzrok, chwytając za walizkę. Kiwnęła głowa na tak – Czyli możemy jechać – podszedł do drzwi zabierając do drugiej ręki swoja torbę.
-Tak, jedźmy już – powiedział bardziej do siebie niż do niego, powoli schodząc ze schodów.
Oboje chcieli już być gdzieś daleko, a jak na złość drogi były zakorkowane. Tkwili więc w samochodzie i cichy warkot silników tylko od czasu do czasu przerywały wiązanki przekleństw ze strony Franka adresowane do tych wszystkich kierowców, którym ‘przekupieni idioci dali prawa jazdy’.
Nie potrafili tak po prostu rozmawiać, o niczym i o wszystkim, jak dawniej. Nie teraz. Nie po tym co się stało. Potrzebowali czasu by ułożyć sobie wszystko na spokojnie.
Wpatrywała się w świat za szybą, teraz taki odrealniony. A może był całkiem normalny? A to ona odpłynęła gdzieś daleko, w krainę niczym ze snu, a raczej koszmaru. Tak dokładnie tak się czuła od czasu feralnego zdarzenia w jednym z wielu identycznych pokoi hotelowych, którego nie zapomni do końca życia, mimo usilnych starań. Teraz patrząc na tych wszystkich ludzi spieszących się do domów, zamyślonych i zatroskanych, zajętych swoimi, jakże błahymi, problemami; zazdrościła im. Tęskniła do zwykłego, nudnego życia, z rutyną spotykaną na każdym kroku. Życia, które w jej przypadku umarło wraz ze śmiercią jej rodziców. A to, co ją spotykało później było tylko pasmem straconych nadziei i niepowodzeń z wplecionymi, krótkotrwałymi chwilami złudnego szczęścia.
***
długość chyba satysfakcjonująca? jak nie to reklamacje zgłaszajcie w listach do św. mikołaja.
wiem wiem.. zawrotna akcja opiera sie na spogladaniu w oczy tudzież teczówki. przyroda. moje opowiadanie i robię z nim to, na co akurat przyjdzie mi ochota:P
a i wybaczcie wszytskie błedy, powtórzenia itd. ale nie chce mi sie tego czytac w tej chwili -.-'
komentujcie, chcę znać wasze zdanie;);*
JasiuPiekarnik.
komentarze [11]
ekhmm.. małe ogłoszonko:P >> niedziela, 2 listopada 2008 10:58:33
ojj troche czasu mnie tu nie było...
niestety obecnie mam 'leciutko' ograniczony dostęp do internetu:/:/
wiem, wiem, zwykła, beznadziejna wymówka, no ale cóż... życie:P:D
do tego jeszcze nie mam nawet czasu zeby stworzyć coś sensownego, bo bez pomocy Pani weny, która mnie opuściła, nie idzie mi to najszybciej.
poza tym w ciągu ostatnich 2 tygodni już wogóle nie miałam ochoty na nic, zwłaszcza na pisanie, gdyż z przyczyn .. takich a nie innych musiałam (i teraz nastąpi fragment dla ludzi o mocnych nerwach) odsprzedać mój bilet z datą 10.11.2008, na ten pieprzony, wymarzony koncert....
już myślałam że stane się jak jakieś emo-dziecko... miałam ochotę się pociąć, albo lepiej wyskoczyć przez okno tak z 10-tego piętra najlepiej.
bo nie wiecie jakie to uczucie gdy trzeba oddać coś na co sie z tak zajebistą niecierpliwością czekało. nie życzę nikomu takiej sytuacji, jak w moim przypadku, żeby musiał odsprzedawać bilet(jeśli traktował ten koncert tak jak ja, oczywiście)
no trudno, siła wyższa, niezależna ode mnie...
już nie mam siły nad tym myśleć i przeżywać, że mnie tam nie bedzie.
zdacie mi relacje:P
i jeszcze jedno, przepraszam za zaległości, które narobiły mi się na waszych blogach. prędzej czy później nadrobię, obiecuję:)
pozdrawiam;*;)
JasiuPiekarnik.
komentarze [3]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 13. >> sobota, 13 września 2008 00:02:05
może lepiej tego nie czytajcie...
mam zajebistego kaca moralnego i jakos się nie mogłam skupic na tym co piszę, ale z drugiej strony pisząc nie myślałm tylko o jednym. aaa nie przynudzam.
***
Usłyszał cichy szmer przy drzwiach i kroki. Jej kroki. Wróciła. 200-kilowy kamień spadł mu z serca i mógłby przysiąc, że słyszy jak z łomotem upada na podłogę. Jakaś dziwna siła nie pozwoliła mu pobiec w dół schodów by sprawdzić co z nią. Zupełnie jakby ktoś przykuł go do łóżka i nie pozwolił nawet zwrócić głowy w stronę otwartych na korytarz drzwi. Wpatrywał się dalej w regał z różnymi fotografiami, czekał jakby sparaliżowany aż na przyjdzie. Pokój oświetlał jedynie słaby blask księżyca wpadający przez niezasłonięte okno. Dopiero gdy usiadła obok, zwieszając nisko głowę, spojrzał na nią. Powoli zdjął duże, ciemne szkła zasłaniające połowę jej twarzy. Przyzwyczaił się już do panującego półmroku, więc bez trudu zauważył lekko siny lewy policzek i małe rozcięcie na wardze. Rozmazany makijaż dopełniał ten tragiczny obraz. Tylko cicho westchnął i objął ją delikatnie ramieniem. A Kate? Siedziała sztywno powoli wbijając paznokcie w swoje kolana, starając się za wszelką cenę nie wybuchnąć niekontrolowanym płaczem. Po dosyć długiej chwili wstała nie zważając na jego sprzeciw i zamknęła się w łazience, podczas gdy on nadal siedział tam, w jej sypialni, kompletnie skołowany.
Czuła na sobie ten okropny zapach, zapach obcego faceta. Stojąc pod prysznicem i od dłuższego czasu szorując swoje ciało ostrą gąbką, wciąż nie mogła go z siebie zmyć. Na czerwoną, od tarcia, skórę spadały na przemian lodowate i parzące krople. Ale tego brudu nie dało się zmyć, pojęła to dopiero wtedy gdy całe ciało zaczęło nieznośnie piec i aż chciała krzyczeć z bólu. Za każdym razem gdy zamykała powieki widziała to. To, o czym chciałaby zapomnieć. Niechciane obrazki wciąż wracały, za każdym razem z większą siłą oddziaływując na jej psychikę. Zupełnie jak w sennym koszmarze, z którego nie można się obudzić.
Owinęła się szczelnie ręcznikiem i stanęła przed lustrem z trudem zmuszając się do spojrzenia na swoje odbicie w zimnej tafli. Uniosła wzrok, przekręcając głowę lekko w lewa stronę, mokre kosmyki włosów przylepiły się do policzków oraz ramion. Zobaczyła tam całkiem obca dziewczynę, która z ironicznym uśmieszkiem bezczelnie patrzyła jej prosto w oczy. Wszystko wokół zaczęło wirować, była tylko ta dziewczyna w lustrze. Miała jej ciało ale to nie była ona. Zupełnie inne spojrzenie, takie wyrachowane i zimne. Cała drżała, cos w środku łamało się, do tego to ukłucie gdzieś w okolicach mostku. Nie wytrzymała tego. Przerwała milczenie głośnym krzykiem i z całej siły uderzyła pięścią prosto w to obce oblicze. Kawałki lustra z hukiem poleciały na posadzkę, a z, w ciąż mocno zaciśniętej, pięści ściekały stróżki krwi. To się jednak nie liczyło, bo wiedziała, że wygra. Odnalazła tę silniejszą siebie, która jest się w stanie przeciwstawić całemu złu jakie napotka na swej drodze. Stała w miejscu ciężko dysząc i wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą wisiało lustro. Nie słyszała dobijającego się do drzwi Franka. Dopiero gdy pojawił się obok, po wcześniejszym wyważeniu drzwi, odzyskała władzę nad własnym ciałem i świadomością. Wtuliła się w niego jak najmocniej tylko mogła. Już wiedziała, że teraz będzie szukać pomocy, bo sama sobie z tym nie poradzi. Wiedziała, że o wszystkim mu powie, nie mogła nadal go okłamywać, bo to raniło go najbardziej. Nie wiedziała tylko jak on przyjmie prawdę, bo nie była ona zbyt miła.
Posadził ją na łóżku, owijając jakimś bandażem zakrwawioną dłoń.
-Frank, muszę ci o czymś powiedzieć... – mówiła powoli, co chwilę się zacinając. Język nieznośnie jej się plątał. Jeszcze nigdy mówienie nie przynosiło ze sobą takiego trudu. Ale przekonanie o słuszności wyjawienia prawdy pozwoliło na przekazanie wszystkiego. Bez wyjątków. Od początku do końca. Tylko prawda.
Długo milczał uparcie wpatrując się w swoje dłonie, zaciskające się z każdą sekundę w pięści. Jednak obiecał, że pomoże, że ten skurwiel zgnije w pierdlu, lub sam rozszarpie go gołymi rękoma. Starał się być silny lecz dla niego to też było za dużo. Prawda, którą tak bardzo chciał poznać, przytłoczyła go. Czuł jak staje się nieznośnie ciężki, zupełnie jakby jakiś niewyobrażalnie wielki ciężar wbijał go w ziemię.
Powiedział, że jest tylko ofiarą, że nie ma się za co obwiniać. Jednak zauważyła ten ogromny zawód w jego oczach. Mogłaby przyrzec, że teraz czuje do niej wstręt i nic po za tym. nie chciała go tym obarczać, jednak wiedziała że sama sobie nie poradzi, a Frank był jedyną osobą, do której mogła się zwrócić z prośbą o pomoc.
Dopiero nad ranem zasnęła. Wtedy bez zastanowienia wybiegł z domu. Zawiodła go. Cholernie go zawiodła. Nawet nie potrafił określić co teraz właściwie czuje. Starał się jednak o tym nie myśleć. Dobrze wiedział gdzie go znajdzie i tam właśnie zmierzał.
Poniedziałkowy poranek. Mijał na chodniku setki anonimowych ludzi spieszących się do pracy i szkoły. Budynek, gdzie mieściła się agencja reklamowa, w której pracował ten... był już coraz bliżej. Prawie biegł. Te wszystkie nieopisane uczucia zamieniły się w gniew, taki w czystej postaci, mógł dać mu ujście jedynie poprzez agresję. Nie miał zamiaru z tym walczyć, dobrze wiedział co chce zrobić. Z furią wpadł do holu i pognał przed siebie rozglądając się za Danny’m. Zauważył go. Stał rozmawiając z jakąś elegancką kobietą. Nie zastanawiał się, po prostu momentalnie rzucił się na niego, powalając na ziemię i okładając pięściami. Tarzali się na podłodze wpadając co chwilę na jakieś sprzęty biurowe, aż ochrona ich nie rozdzieliła. Wszystko działo się tak szybko. Ktoś wezwał policję, po Franka oczywiście. Na komisariat zabrano ich obu.
-Pożałujesz, że cię tam nie zabiłem, w tej pieprzonej agencji.
-Ta suka ci powiedziała?! Pożałujecie tego oboje. Poza tym, kto jej uwierzy? – kpiąco się uśmiechnął pod nosem.
Znów się na niego rzucił jednak młody funkcjonariusz go od niego odciągnął. Frank odmówił składania zeznać, najpierw chciał porozmawiać z adwokatem.
Wysoki mężczyzna około 40-dziestki, w eleganckim garniturze i teczka w ręku szybko zjawił się w pokoju, gdzie przetrzymywano pana Iero. Frank przekazał mu wszystko to co wiedział od Kate, wyjaśnił dlaczego napadł na Danny’ego i poprosił by ktoś jak najszybciej zadbał o jej bezpieczeństwo, gdyż sługusy tego ‘skurwiela’ - jak go nazywał, na pewno zrobią jej coś złego. Adwokat wykonał krótki telefon, podając komuś adres i dane dziewczyny. Rozłączył się i powoli zaczął:
-Frank, spokojnie. Już jest bezpieczna. A teraz słuchaj mnie uważnie. Tą sprawą już od dłuższego czasu interesuje się wydział wewnętrzny – na te słowa oczy dwudziestokilkulatka zrobiły się większe. – Po prostu wiem – odpowiedział starszy mężczyzna, wyprzedzając jego pytanie. – To grubsza sprawa. Nie tylko prostytucja, sutenerstwo i stręczycielstwo, ale przede wszystkim korupcja, w którą jest zmieszanych kilka nazwisk z pierwszych stron gazet.
-Ale co to ma wspólnego z Kate? Jak to ma jej pomóc, czy zaszkodzić? – nie rozumiał, za dużo tego było. Jego interesowało tylko jej bezpieczeństwo.
-Daj mi skończyć. Jesteśmy tu teraz bo ty napadłeś i pobiłeś niejakiego Daniela O’connor, Danny’ego. Jak na razie nie przedstawiliśmy tego hmm... powiedzmy, problemu Kate mundurowym i niech tak na razie zostanie – chciał kontynuować ale Frank szybko mu przerwał.
-Jak to? Przecież trzeba powiadomić policję co ten skurwiel robi! Przecież nie może pozostać bezkarny? Jeśli tak ma to wyglądać to następnym razem zabije go! – wściekł się.
-Zrozum, jeśli teraz na niego doniesiesz, nie mając żadnych dowodów, nic to nie da. Większość policjantów tutaj dostaje swoja działkę za zmowę milczenia, a czasem i obronę tego typka i jego ‘interesu’. Więc jeśli teraz coś na niego doniesiesz i tak nic nie wskórasz – Frank siedział za zimnym, metalowym stołem, z kajdankami na rękach i nisko spuszczona głową. Nie przypuszczał, że to sięga aż tak wysoko. – Poza tym zarzuty nie kończą się na prostytucji. Dorzuć do tego wymuszenia haraczy, handel narkotykami, a nawet kilka zaginięć – niewykluczalnie morderstw, połącz to z nazwiskami wpływowych senatorów, naszego idyllicznego stanu New Jersey, a masz wypisz, wymaluj aferę grubymi nićmi szytą – adwokat zrobił krótka przerwę, wypuszczając ze świstem powietrze, po czym kontynuował. – Dlatego tą sprawą interesuje się wydział wewnętrzny i policja z Nowego Jorku. Teraz musimy poczekać. Oni rozpracowują to już od dłuższego czasu. Nie możemy zepsuć ponad półrocznej pracy jednym, nieprzemyślanym posunięciem.
-Czyli mam zachowywać się jakby nigdy nic się nie stało?! To niedorzeczne! Gdzie my żyjemy?! Na pieprzonym dzikim zachodzie?!
-chcesz żeby Danny wyszedł za kaucją i nadal robił to, co do tej pory?! Zrozum – przestał powoli chodzić po niewielkim pomieszczeniu i położył ręce na blacie stołu, spoglądając prosto w oczy Franka. – Jeżeli poczekamy miesiąc, góra dwa, zapłaci za wszystko wysokim wyrokiem, a co najważniejsze, ci, którzy pociągają za sznurki również. Bo gdyby nawet zabrakło Danny’ego, to przyszliby na jego miejsce następni.
-Ale co będzie do tego czasu? Przecież on ją zabije! Przecież Kate nie zapadnie się pod ziemię na dwa miesiące, ot tak. Po prostu.
-To da się załatwić, wystarczy że wyjedzie, a ty najlepiej razem z nią, bo tej napaści... – widząc jego wzrok wycofał się z tego co miał zamiar powiedzieć i tylko głośno westchnął. – W każdym razie, ich macki nie sięgają aż tak daleko by dostać was na drugim końcu kraju. – nastała długa chwila ciszy, przerywanej jedynie miarowymi oddechami obu panów.
-Dobrze... znasz się na tym. Już nie raz pomagałeś mojej rodzinie. A! Jeszcze jedno, moja matka. Ona nie może poznać całej prawdy. To by ją zabiło.
-Chcesz żebym ją okłamywał? Przecież znasz ją, wyczuje, że cos jest nie tak. Poza tym nie mógłbym jej okłamać.
-Ja już cos wymyślę. Nie wymagam od ciebie kłamstwa, wystarczy, że zachowasz dla siebie szczegóły.
-Ehh... Frank, nie podoba mi się to, ale dobrze, tyle mogę dla ciebie zrobić – ciężko westchnął. – jednak teraz zajmijmy się twoja sprawą, w końcu ciąży na tobie zarzut pobicia.
Rozmawiali jeszcze kilkanaście minut. Po czym adwokat poprosił do środka funkcjonariuszy i młoda panią prokurator. Patrick Moor, bo tak nazywał się adwokat, na szczęście był znakomity w swoim fachu. Udało mu się uzyskać jedynie karę grzywny i pouczenie, dla Franka. A mogło się skończyć odsiadką.
Iero, po wyjściu, od razu pojechał pod wskazany przez Moor’a adres, pod którym przebywała aktualnie Kate. Miał z nią jak najszybciej wyjechać. Zdawał sobie sprawę, że pozostanie w Belleville nie wchodziło w grę. Nie wiedział tylko jak to wszystko wyjaśnić matce. Tego, że Kate wyjeżdża na parę tygodni przed końcowymi egzaminami w szkole, tym samym skazując się na powtarzanie roku, nie można było łatwo wyjaśnić. No i jak sama zainteresowana zareaguje na propozycję natychmiastowego wyjazdu. Propozycję nie do odrzucenia.
***
chyba przeliczyłam swoje siły na to opowiadanie. chciałam zamieszać a sama się zaczynam gubić. no i wychodzi cóz, jak wychodzi.
lubię być krytyczna względem siebie i chcąc kontynuować to opowiadanie muszę cos zmienić, jakos hmm uprościć(?) może wtedy bd lepiej.
pozrdawiam tych, którym chce się to jeszcze czytać i komentować ;);***
JasiuPiekarnik.
komentarze [26]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 12. >> wtorek, 2 września 2008 18:47:49
Witam;) jakoś tak w ciągu ostatnich 2 tygogni nie miałam czasu nawet włączyc komputera, a co dopiero mówić o dostaniu sie na myloga xD
cóż nawet na sen nie miałam czasu, a w domu byłam gościem więc no... wczesniej nie mogło być :))
zaległości na Waszych blogach nadrobię, obiecuję ;*;))
no bez zbędnego przedłużania, zapraszam:
***
Pogodziła się z tym. Bolało. Ale nie widziała innego rozwiązania. Co gorsze, nie widziała sensu w walce o własne życie. Wydawało jej się, że to wszystko, co się dzieje to jakaś fikcja, że widzi to na ekranie. Własne życie stało się dla niej czymś na kształt kiczowatej brazylijskiej telenoweli, którą starsze znudzone panie z namiętnością śledzą co dzień, o tej samej porze. Chciałaby tak po prostu przełączyć kanał, najlepiej na jakąś komedie romantyczną z happy endem. Bo mimo tego, że miała przy sobie Linde i Franka podświadomie pragnęła mieć kogoś, komu mogłaby powiedzieć wszystko, tymczasem rzeczywistość była całkiem inna. Nie miała nawet przyjaciółki, z którą mogłaby szczerze porozmawiać, gdyż zerwała wszystkie kontakty ze znajomymi po tragedii, która przewróciła jej życie do góry nogami.
Rankiem w salonie zauważyła opróżnioną butelkę whisky i Franka śpiącego na kanapie. Westchnęła tylko smutno, patrząc na ten obrazek. Nie chciała w taki sposób działać na jego życie. Zdawała sobie sprawę, że nie jest w stanie ukryć przed nim wszystkiego. Najlepszym wyjściem wydawało jej się poszukanie własnego mieszkania, gdzie on nie mógł by już tak kontrolować każdego jej ruchu.
***
Do wieczora czas nieznośnie się dłużył, każda minuta zdawała się być przeniesiona w wieczność. Zakrywając kolejną warstwą make-up’u zapuchnięte i nienaturalnie sine cienie pod oczami nie wytrzymała. Patrzenie w lustro stało się katorgą. Słone zły nie powstrzymywane spływały, jedna po drugiej, z policzków. Chciała tak po prostu zacząć krzyczeć i wyrzucić z siebie to wszystko, o czym wolałaby nie pamiętać. Ale nie mogła... te nieme łzy musiały wystarczyć, pomóc pogodzić się z losem. Pozwoliła sobie na tę chwilę słabości by po kilku minutach wrócić do wcześniejszego zajęcia. Zrobiła dość krzykliwy makijaż, zielone tęczówki zdawały się gubić w czerni, która zakryła jej oczy. Czerwona pomadka na ustach, wykrzywionych w dziwnym grymasie, była niczym zaproszenie do łóżka. Uznała więc że wygląda... odpowiednio. Szybko uczesała włosy, by już nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Ubrana w czarną, ultrakrótką sukienkę bez ramiączek, ściśle przylegająca do jej ciała, którą kupiła kilka godzin wcześniej, zauważyła srebrny samochód zatrzymujący się po drugiej stronie ulicy. Wiedziała że jak już do niego wsiądzie – nie będzie odwrotu. Narzuciła na nagie ramiona letnią kurteczkę, włożyła wysokie obcasy i wyszła z pokoju, licząc że przemknie niezauważona. Jednak pomyliła się i to bardzo. Nie spodziewała się pary zielono-brązowych, niezwykłych tęczówek wpatrzonych w nią z taką troską a zarazem bezradnością. Poczuła jakby ukłucie, że rani właściciela tych pięknych oczu.
Czekał na nią tuż przed jej pokojem. Nie chciał śledzić, jak proponował Gerard. Postanowił grać w otwarte karty, po prostu nie miał zamiaru wypuścić jej z domu samej lub, jeśli nie zgodzi się na jego towarzystwo, wcale.
-Przepuść mnie, wychodzę – pierwsza przerwała niezręczną ciszę.
-Gdzie się wybierasz? Wyglądasz... – ogarnął całą jej sylwetkę wzrokiem i poszukał odpowiedniego słowa, by nie użyć tego, które pierwsze nasunęło mu się na myśl. - ... wyzywająco. A wiesz za na ulicach nie jest bezpiecznie, zwłaszcza o tej porze dla samotnych dziewczyn.
-Umówiła się, nie będę sama. Nie musisz się martwić – mówiła szybko, starając się uciec przed tym przenikliwym i jednocześnie ciepłym spojrzeniem.
-A z kim się umówiłaś? – nie dawał za wygraną.
-Z kolegą, dobrze?! – prawie krzyknęła. – A teraz mnie przepuść.
To może przedstawisz mi tego kolegę – z trudem zachowywał stoicki spokój.
-Co cię to interesuje?! To nie twoja sprawa! Mogę się spotykać z kim chcę, kiedy chcę i wyglądać jak chcę! Wychodzę! – nie wytrzymała i wykrzyczała mu to prosto w oczy. Chciała jak najszybciej wyjść i po prostu wsiąść do tego cholernego samochodu. Jednak gdy mijała Franka poczuła jego rękę delikatnie acz zdecydowanie zaciskającą się na przedramieniu. Chciała się wyrwać, lecz nie miała szans w tej szamotaninie, przyjaciel był zdecydowanie silniejszy.
-Puszczaj... – prawie płakała.
-Kate, chcę dla ciebie jak najlepiej – mówił powoli i spokojnie tuż przy jej uchu, gdyż udało mu się ją unieruchomić przytrzymując za ramiona i przyciągając do siebie. – I właśnie dlatego nie pozwolę ci wyjść. Przecież widzę, że coś ukrywasz i że dzieje się coś złego, zbyt dobrze cię znam i wiem kiedy coś jest nie tak. Tylko co? Czy ma to związek z Danny’m? – na sam dźwięk jego imienia aż się wzdrygnęła – Wiesz, że pomogę ci we wszystkim ale musisz pozwolić sobie pomóc – czekał na jej reakcję, w końcu nie pierwszy raz jej to mówił i nie wiedział czy tym razem coś to zmieni.
-Nie możesz mi pomóc, nikt nie może – wyszeptała cichutko, zadzierając głowę ku górze, by spojrzeć mu w oczy.
***
Wskazówki na zegarku wskazywały kilka minut po 21. Dziewczyna się spóźniała. Postanowił zrobić to, co zazwyczaj w takich sytuacjach. Szybko znalazł się pod drzwiami niewielkiego domku i bez zbędnych ceregieli wszedł do środka.
Usłyszeli trzaśnięcie drzwiami i zanim zdążyli zareagować obok nich pojawił się wielki, napakowany, łysy facet. Pytajniki w oczach Franka nabrały monstrualnych rozmiarów, przecież to niemożliwe żeby Kate umówiła się z takim typkiem. Nie rozumiał już nic z tej chorej sytuacji. Oprzytomniał gdy grube łapsko obcego faceta odciągnęło go od dziewczyny.
-Hej! Kim jesteś?! Wynoś się z mojego domu! – krzyczał zdenerwowany, szarpiąc się z osiłkiem. Kate stała z boku i nic nie mogła zrobić, przerażenie paraliżowało ją i nie pozwalało nawet na wydobycie jakiegokolwiek głosu. Patrzyła jak nieznajomy bez trudu przewraca Franka i kopie go na oślep. Choć ten bronił się zaciekle i udało mu się zadąć kilka bolesnych ciosów, nie miał szans z góra mięśni, jakby stworzona do walki. Jej serce waliło jak młot, a nogi same się pod nią uginały. Oparta o chłodną ścianę nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
-Pamiętaj, spadłeś ze schodów! I żeby ci k***a nie przyszło do głowy powiadamianie psów, bo wtedy dziewczynę spotka coś złego – mówił powoli stojąc nad leżącym Frankiem.
-Jeśli jej cos zrobisz, pożałujesz! – z trudem przychodziło mu nawet mówienie. Każda część ciała pulsowała tępym bólem, w ustach czuł słodkawy smak krwi z rozciętej wargi.
-A co ty mi możesz zrobić? – zakpił i ostatni raz kopnął leżącego, trafiając w głowę i powodując tym samym utratę przytomności.
Łysy brutalnie pociągnął Kate do samochodu, rzucając tylko krótkie ‘jesteśmy spóźnieni i to przez ciebie suko’. A ona... ona nadal była jakby sparaliżowana, sama nie mogła wykonać żadnego ruchu. Widok Franka leżącego na ziemi, z zakrwawioną twarzą, był dla niej szokiem. Nie wiedziała co się z nią teraz dzieje, mało ja to w zasadzie interesowało, przed oczyma nadal miała obraz powalonego przyjaciela. To niezrozumienie jakie widziała na jego twarzy nie dawało jej spokoju. Chciał pomóc, a co go za to spotkało? Nie zasługiwał na to wszystko. Uważała że zaczyna rujnować również jego życie. Spieprzyła swoje, więc teraz zabierała się za niszczenie cudzego – taka myśl uparcie kołatała się po jej głowie.
Z tego szoku, w jakim się znalazła, wyrwał ja ochrypły głos osiłka, który teraz prowadził samochód, oraz który, jak przypuszczała, był jednym ze sługusów Danny’ego.
-Szykuj się na swój debiut – zakpił – Już dojeżdżamy.
Świat jakby przestał dla niej istnieć, była tylko przerażająca pustka, lecz gdzieś w odległych zakamarkach kryło się coś jeszcze. Bo pomimo upokorzeń, które już ja spotkały, nadal nie chciała świadomie ranić jedynych bliskich jej osób. Dobrze wiedziała, że w kieszonce jej malutkiej torebki znajduje się biała pigułka, która mogła skutecznie ‘wyłączyć’ jej świadomość, na najbliższe kilka godzin. Zdawała sobie sprawę iż złamie cholernie ważną, dla niej jak i dla Franka, obietnicę. Miała już nigdy więcej nie brać tego świństwa ale na chwile obecną nie potrafiła odnaleźć w sobie siły by przetrwać to na trzeźwo. Gdy głowa zaczynała jej już pękać od natłoku tych wszystkich myśli, nie wytrzymała. Połknęła pigułkę, pospiesznie wygrzebaną z pomiędzy przeróżnych drobnych przedmiotów, spoczywających na dnie jej torebki. Teraz już tylko modliła się w duchu by narkotyk szybko zaczął działać.
Samochód zatrzymała się pod niedużym, lecz jednym z lepszych hoteli w Belleville. Nim wyszła osiłek zza kółka obrócił się jeszcze do niej i zaczął z groźną miną:
-Pamiętaj, robisz to, czego zażyczy sobie klient. Bez żadnych ‘ale’. Nie leż jak jakaś kłoda, facet płaci więc wymaga. Jeśli usłyszę słowo skargi, ty nie zobaczysz ani pensa, a jeszcze słono tego pożałujesz. A i nawet nie próbuj ucieczki, będę tuż za drzwiami – mówił bez mrugnięcia okiem.
Kate uśmiechała się tylko pod nosem, nic innego jej nie pozostało. Pieprzona ironia losu, robi najokropniejszą rzecz w swoim życiu a on mówi, że będą jej za to płacić, aż ją to rozśmieszyło. Gdyby mogła oddałaby wszystkie pieniądze byleby się od tego uwolnić.
Proszek zaczynała już powoli działać. Poczuła to, gdy wstając z tylnego fotela samochodu świat zawirował jej przed oczyma i aż zachłysnęła się świeżym powietrzem. Łysy pociągnął ją za sobą w głąb hotelu i po krótkiej wyminie zdań z recepcjonistą, który, jak stwierdziła, też był w tę całą sprawę prostytucji zamieszany; zaprowadził zielono-złotym korytarzem na pierwsze piętro, pod pokój nr 27. To zapamiętała idealnie. Mała, złota, okrągła tabliczka z wytłoczonymi dwoma, z pozoru nic nie znaczącymi, cyframi wryła się w jej pamięć. Napakowany facet zapukał w ciemnobrązowe, prawie czarne drzwi i po chwili ukazał się w nich starszy, lekko posiwiały pan w dobrym, ładnie skrojonym garniturze. Może i w innych okolicznościach mógłby jej się wydać sympatyczny, ale nie teraz. Na chwilę obecną myślała o nim jako o obleśnym, niewyżytym staruchu, spragnionym niezapomnianych łóżkowych wrażeń, u boku luksusowej dziwki. Tak dziwki. Teraz właśnie w ten sposób o sobie myślała. Osiłek i szpakowaty jegomość wymienili tylko wymowne spojrzenia, po czym jej dotychczasowy towarzysz lekko wepchnął ją w głąb hotelowego pokoju i zamknął drzwi, pozostawiając ją sam na sam z... klientem.
***
Odleciała. Jej świadomość odeszła na chwilę, pozostawiając ciało samemu sobie. Widziała jak facet zdejmuje krawat i coś do niej mówi zbliżając się. Nie słyszała co i wcale jej to nie przeszkadzało, nic jej już właściwie nie przeszkadzało. Wszystko było takie nierealne, zapamiętywała jak przez mgłę tylko co niektóre momenty.
Zachłanne łapy błądzące na oślep po jej nagim ciele. Gorący oddech gdzieś przy uchu i jakiś niezrozumiały szept, który odbierała jak zwykły bełkot. Jednak okazała się całkiem niezłą naćpana aktorką... Jej ręce błądzące po karku i pocałunki złożone na jego ciele świadczyły o upadku, bo nie dało się tego inaczej nazwać. Zaciągnął ją do łóżka rozpinając przy tym czarny, seksowny stanik.
Chwila otrzeźwienia, chciała uciec, byle dalej, choćby zamknąć się przed nim w łazience. Nie spodobało mu się to. Poczuła jak policzek zaczyna ją nieznośnie piec, a ten obleśny facet zachłannie całuje jej nagie piersi, zaciskając jedną rękę na gardle, a drugą ściąga jej skąpe majteczki. Znów mu się poddała. Czuła się jak zwykła zabawka, która każdy, za opłatą, może się na chwile pobawić.
Przyspieszony oddech i nieznośne sapanie tuz przy prawym uchu doprowadzały ją do szału i pewnie, gdyby nie wciąż działający narkotyk, wyrywałaby się i robiła wszystko by tylko uciec. Jednak dzięki niewielkiej, białej pigułce była niczym namiętna kochanka, zostawiająca czerwone ślady paznokci na jego plecach. Już nie był taki dostojny jak na początku. Jej jedyna próba obrony, próba ucieczki rozwścieczyła go, stał się brutalny i taka zabawa najwyraźniej mu odpowiadała. Kate zaczęła odczuwać tępy, pulsujący ból w dole brzucha. Aż krótko krzyknęła. Podniósł się na to na łokciach i chwycił je mocno za szyję.
-Co suko, chcesz jeszcze ostrzej?! – wychrypiał jej prosto w twarz i po raz kolejny spoliczkował. Poczuła ten charakterystyczny smak krwi w ustach i coś w niej aż zawrzało. Wpiła się w jego usta i pozwol8iła mu skończyć... Tak po prostu. Narkotyk, pod którego była wpływem, spełnił swoją rolę.
Teraz leżała całkiem naga, obolała i upadła... obok niego. Zupełnie obcego faceta po 50-tce, który wpatrywał się z błogim uśmiechem w sufit. Po chwili wstał, powoli włożył pognieciony garnitur i najzwyczajniej w świecie wyszedł, nie obdarzając jej ani jednym spojrzeniem.
Leżąc bezwładnie na łóżku przekręciła tylko głowę w stronę niedomkniętych drzwi i zauważyła jak ten facet wręcza łysemu osiłkowi kilka banknotów o wysokim nominale, po czym bez słowa odchodzi. Chwilę potem ten napakowany mężczyzna kazał jej się ubierać rzucając na łóżko te nieszczęsną, czarną sukienkę i dodał:
-Tu masz swoją zapłatę – zostawiając obok pamiętnej sukienki jeden z banknotów, które wręczył mu szpakowaty facet. –Tylko żebym nie musiał na ciebie zbyt długo czekać – warknął wychodząc z hotelowego pokoju.
Wszystkie fakty docierały do niej jakby z opóźnieniem, pamiętała tylko jakieś migawki z tego, do czego się posunęła, a raczej, do czego była zmuszona. To za sprawą narkotyku, który spełnił swoją rolę – sprawił, że cały incydent jakoś się potoczył, oraz który – na szczęście dla niej – nie przestał jeszcze działać. Pozwalał zapomnieć o bólu, a co najważniejsze zagłuszał wyrzuty sumienia. Nie docierało do niej, co się z nią dzieje i dzięki temu, jakoś się jeszcze trzymała. Choć nawet teraz, wchodząc do łazienki, nie była w stanie spojrzeć na swoje oblicze w zimnej tafli hotelowego lustra. Bała się tych wszystkich demonów, dręczących ją, które mogłaby tam zobaczyć. Szybko przemyła twarz lodowata wodą i wytarła ja w miękki, puszysty ręcznik, pozostawiając na śnieżnobiałym materiale czarne plamy ze swojego make-up’u. Nie dbała o to, że jej twarz w połowie pokrywały rozmazane resztki cieni do powiek i tuszu. 100-dolarowy banknot szybko zmięła w dłoni i spuściła z satysfakcja w sedesie. Ubrała się, wyjęła z torebki wielkie czarne okulary, które mogły zasłonić obraz nędzy i rozpaczy, i wyszła jak gdyby nigdy nic, zakładając je na nos.
Srebrny samochód odwiózł ja pod dom, a do niej powoli zaczynało docierać coraz to więcej rzeczy. Pojmowała to, co zrobiła. Upłynęło trochę czasu zanim zdecydowała się nacisnąć na klamkę.
***
Gdy się ocknął każda część ciała pulsowała bólem. Krew na podłodze i na całej jego głowie nie pochodziła jedynie z rozciętej wargi. Dotknął boku głowy. ‘Cholera’. Kopniak, który spowodował krótką utratę przytomności, rozwalił tez skórę. Wiedział że bez szwów się nie obędzie. Starając się pozbierać w całość jedna myśl wpadła mu do głowy i już wszystko inne przestało mieć znaczenie. Kate. Co z nią? Gdzie ten sukinsyn ją zabrał? Czy cos jej zrobił?
Szybko wstał i nerwowo chodził po całym domu, jakby mając nadzieję, że gdzieś ją znajdzie. Jednak pokoje były całkiem opustoszałe, pozostał tylko delikatny zapach jej perfum. Czyli nie stracił przytomności na długo, więc może... wyjrzał przez okno. Jednak nie. Ani śladu dziewczyny. Jej komórka nie odpowiadała, a no wychodził z siebie. Gdy po raz setny głos automatycznej sekretarki powiadomił go, że jej telefon jest wyłączony, nie wytrzymał i cisnął swoja komórką o ścianę, powodując jej rozpad na części pierwsze. Ujął zakrwawioną głowę w dłonie. Jeśli coś by się jej stało nie wybaczyłby sobie tego, był za nią odpowiedzialny, a pozwolił na coś takiego.
Mijała godzina odkąd jej nie było, choć wydawało mu się, że czeka na nią wieczność. Dłużej nie mógł wytrzymać nic nie robiąc. Obmył twarz zimna wodą zauważył, ze rana na głowie nadal krwawi. Cóż, wizyta w szpitalu będzie konieczna. Teraz jednak nie to było ważne. Wybiegł z łazienki zabierając kluczyki od samochodu. Postanowił pojeździć trochę po mieście i jej poszukać. Uznał to za lepsze rozwiązania niż bezczynne czekanie w domu.
Przejeżdżając przez te wszystkie ciemne uliczki aż ciarki przechodziły mu po plecach, na myśl o tym, co mogło się jej stać. Zbyt dużo nasłuchał się o napaściach, gwałtach i morderstwach w tej okolicy. A do tego ten pieprzony facet, który po nią przyszedł. Chyba dopiero teraz przekonał się co znaczy strach o bliską osobę. Było to dla niego jedno z najgorszych uczuć, jakie kiedykolwiek doświadczył. W pewnym momencie musiał zatrzymać się na chwilę na poboczu, gdyż zawroty głowy i mroczki przed oczyma uniemożliwiły mu dalsze prowadzenie samochodu. Rozcięta głowa domagała się natychmiastowej pomocy lekarskiej. Cóż, nie miał wyjścia, szybko podjechał pod najbliższy ostry dyżur. Wcisnął lekarzowi kit, że... potknął się na schodach, poobijał się przy tym trochę i rozbił głowę. Ten pokiwał tylko głową, chciał jak najszybciej odprawić pacjenta i skończyć już swoja zmianę. A takie wymówki słyszał codziennie. Na pierwszy rzut oka poznał ze to wynik pobicia. Przyzwyczaił się do tego, że ludzie kłamią notorycznie i już mu to nie przeszkadzało, lata monotonnej pracy sprawiły że nie chciało mu się dociekać prawdy, nie w tym był jego interes.
Po założeniu kilkunastu szwów, które zniknęły gdzieś, zakryte przez długawe, ciemne włosy Franka, lekarz poinformował go jeszcze, że podejrzewa wstrząs mózgu i ze należałoby zostać do rana na obserwacji, jednak ten nie chciał nawet o tym słuchać. Pracownik służby zdrowia nie nalegał więc. Swój obowiązek spełnił – poinformował pacjenta o istniejącym zagrożeniu.
Frank krążył jeszcze dość długą chwilę po zaułkach Belleville. Niepewność zaczynała go dobijać. Zrozumiał, że tak jej nie znajdzie. Nie chciał dzwonić na policję, gdyż myśląc, ze ten osiłek mógłby jej coś zrobić, dowiedziawszy się o donosie, aż robiło mu się niedobrze. Gdy zegarek na desce rozdzielczej samochodu wskazywał kilkanaście minut po północy postanowił wrócić do domu. Miał nadzieje, że już ją tam zastanie, a jeśli nie, będzie czekał. To jeżdżenie po mieście nie przynosiło żadnych rezultatów.
Sprawdził każdy zakamarek domu. Znalazł tylko przejmujący chłód i ani śladu Kate. Usiadł na brzegu łóżka w jej pokoju przyglądając się w półmroku pokaźnej kolekcji zdjęć w połyskujących, srebrnych ramkach.
***
zaskoczone? pewnie myślałyście ze w ostatniej chwili wskoczy Franek i uratuje biedną Kate. a tu, niieeeee xDxD
zadowolone z długości? :PP bo to chyba najdłuższa notka w mojej 'karierze' xD
aa i jeszcze jedno: może któraś wybiera się na pewnien koncert 10.11.08r pociągiem z Krk?? ^^'
JasiuPiekarnik.
komentarze [13]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 11. >> sobota, 9 sierpnia 2008 18:25:00
ekhem.... no tak tytułem wstępu chciałabym bardzo przeprosic za tą notkę, gdyż jest ona delikatnie powiedziawszy zpierdolona....
no, taka prawda. jest bylejaka, krótka i jakas nieskładna. pozatym juz dawno powinna sie tu pojawić.
a tak wogóle to się pochwalę:P
jestem pełnoprawną studentką pierwszego roku architektury i urbanistyki, w trybie stacjonarmym, w Podhalańskiej Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nowym Targu
fajnie brzmi, nie xDxD
szkoda że nie politechnika krakowska, ale tam musiałabym histe na maturce zdawać, a to w moim przypadku nierealne było xD
i tak sie cieszę, tym bardziej ze juz wszytsko załatwione, łącznie z mieszkaniem więc spać pod chmurką w tym NT nie bd musiała xDxD
to tyle.
***
Potrzebowała teraz kogoś, kto by się nią zaopiekował, jednak uparcie odpędzała od siebie takie myśli. Na pytania Franka odpowiadała ciszą. W końcu wydusiła z siebie jedno, ciche ‘Przepraszam’. On dalej nie rozumiał, po prostu nie miał pojęcia co się dzieje. Przestał pytać, zdając sobie sprawę że nic mu nie powie, po prostu był. To jej wystarczało.
Gdy zamknęła za sobą drzwi swojego pokoju usiadł w fotelu zastanawiając się co tak właściwie stało się z jej życiem, a po części również z jego. W końcu traktował Kate jako bardzo istotną część swojego życia. Nic nie przychodziło mu do głowy. Natłok wszystkich myśli tworzył mętlik którego nie był w stanie sam rozwiązać. Chciał uporać się z jej problemami, pomóc lecz nie znając ich przyczyny był bezradny. Postanowił poradzić się osoby, która jego zdaniem znała się na kobietach, potrafiła rozgryźć ich zachowanie. Szybko wybrał w telefonie komórkowym dobrze znany sobie numer.
-Cześć stary! Kiedy do nas wracasz? W ogóle co u ciebie? – usłyszał radosny głos kumpla.
-Cześć. Wiesz ja właściwie dzwonię w pewnej sprawie... – nie wiedział jak zacząć. Nie chciał wprowadzać osób trzecich w problemy Kate, ale nie widział innego rozwiązania. – Gerard, nie będę owijał w bawełnę. Ona ma problemy, a ja jestem całkowicie bezradny. Nie chce mi nic powiedzieć...
-Hej, zwolnij! Ale jaka ‘ona’? O kim ty w ogóle mówisz? – nie bardzo orientował się w sytuacji, o której przyjaciel mówił z taką zawziętością.
-Jak to, jaka ona? Kate! Dziś wróciła zapłakana z jakimiś otarciami na szyi, zupełnie jakby ktoś ją dusił. Nie mam pojęcia co się z nią dzieje, nic mi nie chciała powiedzieć. Boże, zabiłbym sukinsyna który jej coś zrobił! A najlepszą częścią tej pieprzonej układanki jest jej ‘przepraszam’. Czego ono może dotyczyć? Przecież nie ma mnie za co przepraszać – jego wypowiedź była chaotyczna. Buzujące emocje uniemożliwiały konstruowanie ułożonej, sensownej wypowiedzi.
-Uspokój się. Nawet nie wiesz czy miałbyś kogo zabijać... – chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Frank nie dał mu dojść do słowa.
-Zaraz! Czemu ja wcześniej o tym nie pomyślałem? Wczoraj spotkaliśmy Danny’ego, mojego znajomego. Powiedziała mi, że to jej eks, kłóciła się z nim, wyszliśmy... – po prosu myślał ‘na głos’. Wcześniej nie wiedzieć czemu nie powiązał Danny’ego z jej dzisiejszym stanem.
-Nie wiesz nic na 100%, nie zakładaj czegoś, co może okazać się kompletną bzdurą. Pierwsze musisz się czegoś dowiedzieć by wygłaszać sądy – Gerard szczerze chciał mu pomóc, wiedział że Frank, w odróżnieniu od niego, nie potrafi spojrzeć na fakty z dystansem, w tym przypadku jego emocjonalne podejście, całkowicie uzasadnione, wykluczało jakikolwiek obiektywizm. Kate była mu zbyt bliska, by mógł zachować spokój i zdrowy rozsądek.
-Taa... dowiedzieć się czegoś. Niby jak? Ona nic nie chce mi powiedzieć! Przecież nie zmuszę jej tekstem ‘mów o co chodzi, bo jak nie to dostaniesz szlaban’, nie przekupię jej tez cukierkami. Ona nie jest dzieckiem!
-Czyli mam rozumieć, że nie wpadłeś na pomysł sprawdzenia któregoś razu, gdzie tak naprawdę wychodzi?
-Mam ja szpiegować?! Co ona sobie o mnie pomyśli? – lekko oburzył się pomysłem Gerarda.
-Od razu szpiegować. Po prostu dyskretnie za nią idź. Sam zobaczysz o co w tym wszystkim chodzi. Jeśli nie chce ci nic powiedzieć to chyba nie taki zły pomysł – nie wiedział co innego mógłby w takiej sytuacji zaproponować.
-Nazywaj rzeczy po imieniu, mam ja śledzić – nie był przekonany. Szpiegując ją pokazałby całkowity brak zaufania, a przecież ufał jej... przynajmniej chciał jej ufać. Po prostu martwił się o nią poważnie.
-Możesz jeszcze wypytać jej przyjaciół, może oni coś wiedzą? Tylko ryzykujesz tym, że tobie wcisną jakiś kit, a jej powiedzą, że się interesujesz czymś, czym nie powinieneś. Tak właściwie powinni postąpić skoro są jej przyjaciółmi. Ale z drugiej strony... – nie pozwolił dokończyć.
-Ale ona od roku, znaczy od śmierci rodziców nie utrzymuje kontaktu ze starymi znajomymi, więc taka opcja odpada – zapadła między nimi dziwna cisza.
-Frank? Nie zrozum mnie źle, ale odnoszę wrażenie, że starasz się być nie do końca taki, jaki naprawdę jesteś – zmienił temat, ale nie mógł się powstrzymać przed powiedzeniem mu tego.
-Co? O co ci chodzi? I co to w ogóle ma do rzeczy? – od razu zareagował.
-Nie wściekaj się od razu. Po prostu nigdy nie zauważyłem żebyś był taki hmm... – zastanowił się chwilę przed dobraniem odpowiednich słów – odpowiedzialny za kogoś i dojrzały.
-Pan dojrzały się odezwał. Jeśli śledzenie kogoś uważasz za przejaw dojrzałości, to gratuluję – odpowiedział złośliwie, nie kryjąc ironii. Był podenerwowany tą całą sytuacją, a rozmowa z Gerardem zaczynała go irytować.
-Ehh... wiesz może idź na drinka, spacer, pooglądaj mecz, pograj na gitarze, cokolwiek. Ale uspokój się. Teraz Kate jest bezpieczna, siedzi w domu, a ty chyba w tej chwili nie jesteś w stanie wymyślić nic co miałoby ręce i nogi – Gerard dobrze znał przyjaciela, wiedział, że choćby ten wściekał się całą noc głowiąc się nad całą tą dosyć dziwna sytuacją i tak nic sensownego by nie wymyślił.
-Dobra koniec tematu. Muszę kończyć, pozdrów chłopaków. Cześć – wyrecytował szybko byle jaką formułkę, by tylko zakończyć już tą rozmowę. Wszystko tylko drażniło go, wzburzając już i tak rozstrojone nerwy. Nie dał Way’owi nawet czasu na odpowiedź, po prostu rozłączył się.
Mocniej wbił się w fotel, na którym siedział, zagapiając się w ciemność za oknem. Nie wiedział już co zrobić. Starał się odpłynąć myślami gdzieś do lepszych czasów, gdzie wszystko byłoby proste i bezproblemowe.
***
Leżała w łóżku chcąc choćby na chwilę zapomnieć o wszystkim tym, co nie powinno się wydarzyć, jednak życie lubi płatać różne figle, sprawiając tym samym ból i doprowadzając do rozpaczy. Ona doświadczała tych kaprysów losu często, zdecydowanie zbyt często.
Pogodziła się ze swoja porażką, nie miała siły na jakąkolwiek walkę. Straciła nadzieję. Nie chciała tylko ciągnąc nikogo ze sobą na dno, dlatego milczała gdy on pytał z troską co się stało.
***
za odniesione szkody na psychice nie ponoszę odpowiedzialności, prosze nie przysyłać kosztów leczenia, nie będą one zwracane.
xD
mam nadzieję że na następną nie będziecie musiały tak długo czekać no i że nawiedzi mnie Pani Wena xD
JasiuPiekarnik.
komentarze [13]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 10. >> wtorek, 8 lipica 2008 02:14:58
Miałam napisaną inną wersję na jakichś kartkach, ale jak dzisiaj zaczęłam ją przepisywać to hmm.. nie spodobała mi się, a że wena przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach to siedzę po nocy i sie produkuję xD
Żal mi mojej bohaterki nooo... ^^'
Ona jest przy mnie biedna, jak może mniec normalne życie przy takiej autorce jak ja... to sie wyklucza:D:D
a wena przyszła dzięki cudownym Indiosom ^^
jak ja ich daaawno nie słuchałam, a w sobote na koncercie przypomniało mi się wszytsko.. ahhh pięknie było, te teksty, takie głębokie z prawdziwym sensem w połączeniu z cudownym wokalem Gutka (a z tym panem mam zdjęcie:P heh jak sie juz rozpisuje o pierdołach to sie pochwalę XD) no bosko!
do rzeczy:
***
Po chwili pojawił się w drzwiach, z ironicznym uśmiechem na ustach.
-Wiedziałem, że przyjdziesz. Wszystkie zawsze tańczycie jak się wam zagra. Wystarczy tylko odpowiednia argumentacja – mówił mierząc ją wzrokiem z góry na dół i wpuszczając w głąb mieszkania.
-Danny, daruj sobie – z trudem przychodziło jej opanowanie drżącego głosu.
W rogu salonu, do którego ją wprowadził zauważyła dwóch goryli siedzących na czarnej, skórzanej kanapie. Aż ciarki przeszły jej po plecach na widok tych facetów. Danny tylko skinął na nich głową by wyszli. Po chwili już ich nie było.
-Więc zmądrzałaś i przyszłaś zanim stało ci się coś złego – mówił siadając w fotelu.
Kate stała na środku pokoju skupiając uwagę na czubkach swoich butów. To, co wcześniej ułożyła sobie z dokładnymi szczegółami w głowie gdzieś jej uciekło, nie wiedziała jak zacząć.
-No co tak stoisz, przecież nie musisz się mnie bać. Czuj się jak u siebie – powiedział z drwiną w głosie, nie spuszczając z niej wzroku.
-Danny przyszłam tu tylko po to, by raz na zawsze to wyjaśnić. Daj mi święty spokój! – w końcu się przełamała. – Nie będę jedną z twoich dziwek! Nie zastraszysz mnie. Nie stoisz ponad prawem, a sutenerstwo jest karalne – nie było tak jak sobie zaplanowała. Wszystko co przychodziło jej do głowy po prostu z siebie wylewała.
Zdenerwował się. Jak ta mała mogła myśleć, że postawi się mu i będzie dyktować warunki. Zimne wyrachowanie umożliwiło opanowanie wybuchu emocji. Przecież wiedział że w tej chwili ma nad nią całkowitą kontrolę. Mógł z nią zrobić wszystko, co tylko chciał. Powoli wstał z fotela, odstawiając na niska ławę szklankę z jakimś kolorowym alkoholem. Powoli zbliżał się do niej, a ona z każdym jego krokiem posuwała się w tył, starając się zachować jakikolwiek dystans. Pokój miał oczywiście ograniczoną przestrzeń w związku z czym już po chwili jej plecy opierały się o chłodną ścianę.
-Pójdę z tym na policję. Skończysz w więzieniu – wysyczała mu prosto w twarz, gdyż zbliżył się na odległość zaledwie kilku centymetrów. Na jego twarzy pojawił się jedynie ironiczny uśmieszek.
-Jesteśmy w New Jersey, policja w tym stanie jest skorumpowana bardziej niż w całej reszcie kraju razem wziętej. Rozśmieszasz mnie tą swoją naiwnością, ze możesz coś zrobić.
Chciała go odepchnąć i odejść kawałek dalej, lecz gdy tylko się ruszyła mocno przyparł ją do ściany, jedną rękę boleśnie zaciskając na jej ramieniu, a drugą odgarniając włosy z dekoltu. Odwróciła głowę w bok, odruchowo zaciskając oczy. Czuła jego oddech na karku, a łzy napłynęły pod powieki. Gdy poczuła przesuwające się wzdłuż jej obojczyka opuszki jego palców nie wytrzymała i zaczęła się gwałtownie wyrywać. On był jednak zdecydowanie silniejszy. Bez trudu unieruchomił ją, zaciskając rękę na jej szyi i zmuszając tym samym by spojrzała mu prosto w oczy. Stali tak chwilę, a gdy poczuł, że przestaje walczyć i traci oddech puścił ją. Podszedł spokojnie do ławy, na której zostawił swojego drinka i wypił zawartość szklanki. Ona tymczasem łapczywie łapała powietrze, starając utrzymać się na nogach. Poczuła, że otarła się o tamtą, drugą stronę, przed oczyma zrobiło jej się przez chwilę zupełnie ciemno – tak głębokiej i przerażającej czerni nigdy jeszcze nie ‘widziała’. Serce waliło jej teraz tak mocno jak gdyby chciało wyskoczyć klatki piersiowej. Tępy ból szyi, gdzie przed minuta była zaciśnięta jego ręka sprawiał, że nie mogła myśleć o niczym innym jak o sposobie jego uśmierzenia.
-Mała, ja naprawdę nie chcę robić ci krzywdy. To ty mnie do tego zmuszasz. I tak zrobisz to co będę chciał, więc w interesie nas obojga jest byś zrozumiała to jak najszybciej. Ze mną nie wygrasz – mówił jak gdyby nigdy nic, od czasu do czasu spoglądając na nią z pogardą.
-Nie zastraszysz mnie! – starała się krzyczeć, jednak wyszło z tego jedynie coś przypominające charczenie, gdyż ból gardła uniemożliwił jej zamiar. Kaszlała i krztusiła się, lecz znalazła w sobie tę siłę by odgryźć mu się jeszcze. –nie przekupisz całej policji, nie jesteś w stanie. Jesteś zwykłym handlarzem ludźmi. Zmuszasz dziewczyny do prostytucji, nie ujdzie ci to na sucho – chciała jeszcze cos powiedzieć, jednak zamilkła zobaczywszy, ze wyciąga z kieszeni telefon komórkowy i zbliża się do niej.
-Taka jesteś mądra?! To proszę dzwoń, złóż na mnie donos – mówił podniesionym głosem i wyciągnął w jej stronę rękę z komórką. – Co może nie znasz numeru? Żaden problem – wystukał w telefonie trzy dobrze znane cyfry, jedną ręką chwycił ją mocno, a druga przyłożył słuchawkę do jej ucha. Po chwili usłyszała kobiecy głos proszący o przedstawienie się i podanie powodu, dla jakiego dzwoni. Nie była w stanie wydobyć z siebie jakiegokolwiek głosu. Ale to nie tępy ból gardła uniemożliwiał jej mówienie, lecz strach, paraliżujący ją całkowicie.
-Tak myślałem – mruknął cicho, anulując połączenie i puszczając ją ze swojego uścisku.
Usiadł na czarnej skórzanej kanapie, obserwując jak ona osuwa się plecami po ścianie, w końcu oplatając rękoma kolana i chowając głowę między swoimi ramionami.
-Dlaczego?
-Co, dlaczego?
-Dlaczego ja? Przecież jest tyle innych?
-Heh... Na takie jak ty jest w tej chwili zapotrzebowanie. To klienci dyktują warunki. Ja tylko zaspokajam ich potrzeby.
-Jak możesz?!
-Jak jest popyt jest i podaż. Zwykły biznes. Istnieje od zawsze i będzie istniał, nie zmienisz tego. Każdy zna tu swoje miejsce.
-Nie masz serca.
-Rozśmieszasz mnie mała. Wystarczy tylko, że się dostosujesz. Będzie prościej dla wszystkich.
-Liczą się dla ciebie tylko pieniądze.
-To one rządzą światem.
Zamilkła. Nie miał już siły. Blade policzki były słone od łez, a oczy w jednej chwili zgubiły gdzieś te iskierki tlące się w nich do tej pory. Jakby ktoś odebrał jej prawo do szczęście, do zwykłego życia.
-To, co się dzisiaj stało potraktuj jako ostrzeżenie. Uważaj bo następne będzie dużo bardziej hmm... bolesne i brzemienne w skutkach – zrobił krótką przerwę zastanawiając się nad czymś. – Poczekaj tu, muszę zadzwonić – powiedział ze złośliwym uśmieszkiem na ustach, wychodząc do pokoju obok.
Siedziała tak chwilę, skulona, wpatrując się bez celu w ścianę naprzeciwko. Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co teraz będzie. A w zamierzeniach Danny’ego miała stać się zwykłym towarem. Kolejną dziewczyną do towarzystwa, na której mógł zarobić.
Szybko wrócił, ukucnął przed nią i chwycił za podbródek, tym samym zmuszając do spojrzenia mu prosto w oczy.
-No mała, załatwiłem ci pierwszego klienta. Jutro o 21 przyjedzie po ciebie samochód i zawiezie do hotelu, gdzie poczekasz na szanownego pana adwokata, spragnionego nowych wrażeń i zrobisz wszystko, czego sobie zażyczy. Oczywiście nie muszę dodawać, że w razie nagłego ataku bólu głowy, czy jakiejkolwiek innej dolegliwości, za drzwiami będzie czekał ktoś, kto skutecznie hmm... powiedzmy uśmierzy ból – puścił ją. Wstał na nogi, spoglądając na nią z pogardą. – To śmieszne zawsze zastanawiałem się jaka jesteś w łóżku a teraz kompletnie nie mam na ciebie ochoty. Heh... w każdym razie nie próbuj jutro żadnych numerów, będziesz tańczyła jak ci zagram. Nie musze chyba dodawać, że jeśli komuś o tym powiesz, pożałujesz zarówno ty, jak i powiernik twojego sekretu. Więc lepiej pilnuj się przy Franku. Sypiaj sobie z nim jeśli chcesz, ale nie mów mu prawdy...
-Nie sypiam z nim – zaprotestowała gwałtownie.
-A kogo to obchodzi. A teraz wynoś się stąd. Wyglądasz okropnie, zrób cos z sobą do jutra. Moje dziewczyny maja renomę, nie psuj jej – był bezwzględny do granic możliwości. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy z tego jacy ludzie potrafią być okropni. I czy stając się takimi, nadal są ludźmi, czy już tylko bestialskimi tworami w człowieczej powłoce.
Ruszyła z mieszkania w tempie błyskawicy. W windzie nie wytrzymała i zaczęła głośno szlochać. Wyszła z luksusowego apartamentowca i biegła, mimo bólu w klatce piersiowej, na oślep przed siebie, byle dalej od tego miejsca. Płuca płonęły żywym ogniem, brakowało jej tchu. Nie zwracała uwagi na dziwne spojrzenia ludzi mijanych na chodniku.
Zatrzymała się dopiero przed kamienną płytą z wyrytymi imionami jej rodziców. Nogi same zaniosły ją w to miejsce. Padła na kolana obiecując sobie, że to ostatni raz gdy jest tu przy nich, na cmentarzu. Czuła do siebie ogromny żal i wstręt, ze nie zrobiła nic więcej, ze nie potrafiła jakoś mu się przeciwstawić. Nie mogłaby tu później przychodzić i udawać przed nimi że wszystko jest w porządku. Zawiodła ich i właśnie to najbardziej ją bolało. Postanowiła więc, że nie będzie znieważać ich swoja obecnością tutaj. Tak trudno było jej odwrócić się i odejść ze świadomością, że już tu nie wróci. Ból, który teraz czuła był nie do opisania, wydawało jej się że zatraciła siebie, a świadomość że zawodzi rodziców była nie do zniesienia.
Siedziała tam wpatrując się w ich zdjęcia, już nawet nie miała siły płakać. Była tylko pustka. Nic poza nią. Wstając ostatni raz spojrzała na te trzy znamienne litery – Tak rest in peace, już nie będę wam przeszkadzała... – Decyzja o opuszczeniu tego miejsca była chyba najtrudniejszą w jej dotychczasowym życiu. Odeszła z nisko spuszczona głową. Mając świadomość swojego upadku. Czuła, że równie dobrze mogła by teraz nie żyć...
***
"Ja wiem i ty wiesz wiemy ze my
Wiemy co dzieje się naprawdę a co się tylko śni
Ja wiem i ty wiesz wiemy że my
Wiemy co dzieje się naprawdę a co się tylko śni
Wiemy że dzieje się czasem dobrze czasem źle
Czasem nic nie dzieje się
Wiemy że dzieje się tak jak samo tego chce wszystko dzieje się
Ja wiem i ty wiesz wiemy że my
Wiemy co dzieje się naprawdę a co się tylko śni
Ja wiem i ty wiesz wiemy że my
Wiemy co dzieje się naprawdę a co się tylko śni
Wiemy że życie to chwile szczęścia i problemy
Wiemy i rozumiemy jak żyć i czego chcemy wiemy
Ponadto co jest w życiu dane nam nic nie dostaniemy
Wiec nie pragniemy i nie oczekujemy
Taka prawda
Więc lepiej naucz się w zgodzie z nią żyć
I zapamiętaj
Jest jak jest nie jak powinno być"*
***
Chciała niezauważona przemknąć do swojego pokoju i ukryć się przed całym tym złym światem pod kołdrą. Na korytarzu jednak natknęła się na niego. Długo nie wracała, jej komórka nie odpowiadała, martwił się.
Kolejne pytania pozostawione bez odpowiedzi. Zauważył ślady otarć na szyi, czerwone zapuchnięte oczy. Wiedział, ze stało się coś naprawdę złego, ale nie wiedział co. Nie chciała nic wyjaśniać. Wtuliła się tylko w jego ramiona, ukrywając twarz gdzieś tam nad jego obojczykiem.
***
* Indios Bravos - "Pom Pom"
JasiuPiekarnik.
komentarze [39]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 9. >> wtorek, 17 czerwca 2008 12:18:10
notka pisana bez pomocy Pani Weny. ta bura suka zostawiła mnie samą.
***
Postanowiła, w końcu zwlec się z łóżka, choć najchętniej schowałaby się przed całym światem pod kołdrą, bez tych wszystkich problemów. Spojrzała na zegarek, który wskazywał 10:15. Wiedziała, ze to będzie jeden z tych dni, o których lepiej jest zapomnieć. Tej nocy nie zmrużyła oka, nie była w stanie, lecz dzięki temu udało jej się wymyślić coś w miarę sensownego, jak sama stwierdziła.
Gdy weszła do kuchni siedział już nad zimnymi tostami i jak przypuszczała, nie pierwszą dziś kawą. Pojawiając się w progu przykuła jego uwagę, dotychczas skupioną na wzorku terakoty ułożonej na podłodze. Oboje czuli się dość niezręcznie w zaistniałej sytuacji, lecz przecież nie mogło być tak, by mijali się bez słowa.
-Cześć. Chyba nie są zbyt smaczne – odezwała się pierwsza, starając się trochę rozładować napiętą atmosferę.
-Hej. No cóż, jakoś nie mam apetytu – odpowiedział, spoglądając na zawartość talerza, przed nim leżącego, o której była mowa. Lekko przygryzł wargę, gdyż to, co chciał teraz powiedzieć nie było łatwe, nie lubił przyznawać się do błędów, jak większość ludzi. – Kate, przepraszam za wczoraj. Nie chciałem wykłócać się o Danny’ego, w końcu to przeszłość, prawda? No w każdym razie już nie będę wracać do tego tematu, jeśli tego nie chcesz – spojrzał na nią wyczekująco. A ona sama szczerze się zdziwiła takim obrotem sprawy. Spodziewała się, że Frank Będzie drążył ten temat. Kąciki jej ust lekko uniosły się ku górze.
-Doceniam to. Najlepiej nie rozdrapywać już starych ran – powiedziała siadając na krześle obok Franka, z kubkiem gorącej kawy w ręce.
-Hmm... czy ty przypadkiem nie masz ochoty na te moje zimne tosty? – zaśmiał się. – Bo widzę, że samej ci się śniadania robić nie chciało – dodał z rozbawieniem.
Kate spojrzała na zawartość jego talerza, z trochę zdegustowana miną.
-Wiesz, ja nie wątpię w twoje zdolności kulinarne i szczerze wierzę, że te tosty, gdyby były jeszcze ciepłe, nadawałyby się do zjedzenia. Jednak nie jestem aż tak głodna by zaryzykować ich konsumpcję – wygłosiła swój wywód, z udawaną powagą, przenosząc wzrok z tostów na swojego towarzysza.
-Nie, to nie – streścił ją uśmiechnięty chłopak.
Rozmawiali tak jeszcze o wszystkim i niczym, wypalając przy tym kilka papierosów. Po wstawieniu kubków po kawie do zmywarki, Kate oznajmiła, że wychodzi na zakupy.
-To ja może pojadę z tobą. Nie chce mi się siedzieć samemu w domu, jakby nie patrzeć jest sobota, a na imprezy też nie mam ochoty. Poza tym pomogę ci wybrać coś świetnego, w końcu ma się ten gust – powiedział z uśmiechem na połowie twarzy.
-Yyy... wiesz wolałabym się wybrać sama. Od dawna mam ochotę na takie powłóczenie się po sklepach, w ramach alienacji od świata, tak na poprawienie samopoczucia – mówiła odwracając wzrok, tylko od czasu do czasu nieśmiało spoglądając na niego. Widziała jak olbrzymi uśmiech stopniowo maleje. – Jeszcze to nadrobimy nie raz – dodała wykrzywiając usta w coś, co w założeniu miało wyglądać jak uśmiech, jednak nie bardzo go przypominało.
-Ok., jak wolisz – odpowiedział starając się ukryć lekkie rozczarowanie. Po prostu chciał z nią spędzić trochę czasu, a nic z tego nie wyszło.
-To ja się będę zbierać – rzekła smutno, bo wyczuła to jego rozczarowanie, ale nie mogła pozwolić by z nią wyszedł, wtedy dowiedziałby się, że żadnych zakupów nie będzie. Poznałby prawdę – a do tego nie mogła dopuścić. – To na razie –dodała ze spuszczona nisko głową, wychodząc z kuchni.
-Taa... na razie – odpowiedział, właściwie do siebie, odpalając kolejnego papierosa.
***
Dobrze wiedziała gdzie go znajdzie. Nie chciała tam iść, ale nie miała innego wyjścia, wiedziała, że nie odpuści jej tak łatwo. A Frank? On po prostu, za wszelką cenę nie mógł się o niczym dowiedzieć – to było jej najważniejsze założenie. Gdyby to, co z taka zaciekłością starała się ukryć wyszło a jaw, rozpętałby piekło, tylko po to, by ja chronić – co do tego nie miała cienia wątpliwości, zbyt dobrze znała Franka.
Wchodząc do budynku luksusowego apartamentowca, później wjeżdżając windą na ostanie piętro, serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi, ręce drżały, a małe kropelki potu pojawiły się, ze zdenerwowania, na skroni. Idąc srebrno-szarym, zimnym korytarzem, z każdym krokiem zbliżając się do drzwi, strach i niepewność osiągnęły apogeum. Już nie jedno spotkało tą małą blondynkę, jednak to, co miała zamiar za chwile zrobić zaczynało ją przerastać, zaczynała wątpić, że da sobie rade.
Nacisnęła dzwonek do drzwi, z ta chwilą już nie mogła się wycofać.
***
następna już niedługo, teraz nie chce mi sie jej juz przepisywać, zresztą i tak nie mam czasu. ide zaraz do fryzjera - jakoś sobie muszę humor poprawić :P:D
JasiuPiekarnik.
komentarze [12]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 8. >> środa, 21 maja 2008 18:03:29
ekhm... także ten... no przepraszam że tak dłuuugo nie dodałam nic xD
byłaby w sobotę ale niestety. można powiedzieć że nie miałam dostępu do komputera, taaa znowu pokazałam swoją geniealność ucząc monitor latać, ale cóż nie nauczył się i wylądował na podłodze 'lekko' uszkodzony -.-'
a tatuś dopiero dzisiaj był kupić nowy, wiec: zamiast w sobote jest teraz, ale najważniejsze ze jest xDxD
dedykacja dla Croppy gdyż jej ostatnia notka zmobilizowała mnie do poprawienia tego nieszczęsnego odcinka i tym oto sopsobem mogę go dodać xD
(patrząc na tą część doszłam do wniosku, że jestem jeszce bardziej pojebana niż myślałam do tej pory) mimo tych poprawek cos tu zgrzyta...
same oceńcie;)
***
Przymknęła powieki, opierając głowę o chłodną ścianę w korytarzu prowadzącym do toalet i jakichś pomieszczeń przeznaczonych wyłącznie dla personelu. Muzyka wciąż nieznośnie szumiała jej w uszach, a ona uparcie próbowała uporządkować kłębiące się myśli. Zastanawiała się dlaczego wszystko musi być tak skomplikowane, co odpowiedzieć na pytania, które z pewnością zacznie zadawać Frank. Nie chciała go okłamywać, jednak również nie miała zamiaru wyjawienia mu prawdy o tym skąd zna Danny’ego i co ją tak właściwie z nim łączy. Z zamyślenia wyrwała ją czyjaś dłoń zaciskająca się na jej przedramieniu, sprawiając przy tym dość spory ból. Momentalnie szeroko otworzyła oczy i nie zdziwiło ja to co zobaczyła.
-Po co przyszedłeś? – wysyczała zadzierając głowę ku górze i patrząc mu prosto w oczy.
-Teraz masz zamiar zasłaniać się nim? Bo wydaje mi się, że zostało kilka niewyjaśnionych kwestii miedzy nami, a Iero będzie jedynie przeszkadzał – powiedział z zimnym spokojem, cały czas przytrzymując dziewczynę, która starała się uwolnić przedramię z bolesnego uścisku.
-Nie ma żadnych niewyjaśnionych kwestii! A Frank o niczym nie wie i się nie dowie, więc nie mieszaj go do tego – czuła, że nie wytrzymuje tego napięcia i ze za chwilę rzuci się z pięściami na chłopaka. Z trudem trzymała swoje emocje na wodzy, lecz z każdą sekundą wymykały jej się spod kontroli. – Nie myśl że możesz mnie zniszczyć, nigdy na to nie pozwolę! – wykrzyczała mu prosto w twarz i wyrwała przedramię z jego uścisku.
Chciała szybko odejść jednak Danny zagrodził jej drogę ręką, lekko popchnął ja na ścianę i przybliżył się jednocześnie odgradzając jej, swoim ciałem, drogę. Momentalnie odwróciła głowę w bok, gdy chciał musnąć jej wargi. On tylko zaśmiał się ironicznie i wyszeptał jej do ucha:
-Mała, jeśli bym cię zniszczył, nie miałbym z ciebie żadnego pożytku, a tego nie chcemy. Wiesz co masz robić, zgłoś się do mnie, powiedzmy jutro to dokładniej ci wszystko wytłumaczę, no i w końcu sprawdzę twoje ‘umiejętności’ ... – Kate już nie mogła tego znieść. Z całej siły kopnęła go między nogi, chciała jak najszybciej od niego uciec. Danny, mimo bolesnego ciosu, zatrzymał ją, ciężarem swojego ciała przypierając do zimnej ściany. – Słuchaj, zrobisz wszystko tak, jak mówię, albo stanie ci się cos złego, Frank dowie się, że jesteś zwykłą dziwką i może jego też spotka jakiś nieszczęśliwy wypadek – wysyczał jej prosto w twarz.
Szamotaninę na korytarzu dostrzegł ochroniarz. Zważywszy na swoje 2 metry wzrostu i olbrzymie bicepsy, bez problemu chwycił Danny’ego za ramiona i odciągną kilka kroków w tył.
-Wszystko w porządku? – zapytał patrząc wyczekująco na Kate.
-Yyy... Tak, mieliśmy małą sprzeczkę ale już jest OK. – powiedziała widząc zimne, przenikliwe spojrzenie Danny’ego i siląc się na uśmiech do ochroniarza.
-Skoro tak... – westchnął, przenosząc wzrok na chłopaka. – Żeby mi się to nie powtórzyło, bo już nie wejdziesz do tego klubu – powiedział stanowczo, puszczając chłopaka i zniknął im z oczu.
-Pamiętaj... – rzucił tylko, przechodząc obok. Kate miała kompletny mętlik a głowie. Chciała tylko znaleźć się już w domu. Byle dalej od tego miejsca, od Danney’ego.
***
Znalazła go bawiącego się w tłumie, chwyciła za rękę i odciągnęła kawałek dalej by powiedzieć, że chce już wracać, ale jeśli woli może jeszcze zostać, bo przecież poradzi sobie sama. Skończyło się na tym, ze oboje wyszli z klubu bo on dostrzegł, ze coś jest nie tak, że ona aż drży ze zdenerwowania, przecież nie mógł pozwolić by w takim stanie sama wracała do domu. Nie mógł jej tak zostawić.
Wyciągnął komórkę by zadzwonić po jedną z tych wielu żółtych taksówek, która szybko i bezpiecznie dowiozłaby ich pod dom. Jednak nie zdążył wybrać numeru.
-Frank, przejdźmy się... – stanęła naprzeciw niego i zadarła głowę do góry by spojrzeć mu prosto w oczy. Może i był wysoki, jednak ona ze swoimi 152 centymetrami i tak była od niego sporo niższa.
Prawda, był zmęczony, ale dostrzegł w jej wzroku coś co nie pozwoliło mu odmówić. Wydawało mu się, że ta para zielonych oczu jakby nagle przygasła. Nie potrafił sobie tego wyjaśnić, lecz poczuł konieczność zrobienia wszystkiego, co w jego mocy, by znów zaczęły błyszczeć.
-To 3 km, jest 2 nad ranem, do tego nie jest zbyt ciepło. Jesteś pewna? – zapytał, choć dobrze wiedział, że ona już postanowiła.
-Chodźmy już – powiedziała prawie bezgłośnie, idąc powoli chodnikiem.
-Przynajmniej załóż to – zarzucił jej na ramiona swoją bluzę, na co ona jedynie słabo się uśmiechnęła.
***
Środek nocy, lecz księżyc, gwiazdy i uliczne światła oświetlały mroczne zakamarki i alejki miasta. Wydawało się, że gdzie niegdzie kryją się schowane kawałki dnia, które ktoś zamknął w małych pudełeczkach. A teraz nieporadnie próbują się wydostać, rozświetlając przy tym mroki nocy. Ulicami New Jersey snuli się nieliczni, zabłąkani imprezowicze, zygzakiem szukający drogi do domu, podejrzane typki, na których widok przechodzi się na druga stronę ulicy, aż w końcu zwykli ludzie, którzy nie wiedzieć czemu, znaleźli się o tej porze na świeżym powietrzu. Chcąc, nie chcąc dołączyli do tego grona, wracając do domu.
Dwoje ludzi idących ramie w ramię, on zastanawiał się jak zadać to dręczące go pytanie, a ona modliła się w duchu by nie musieć mu niczego wyjaśniać, by chociaż raz zostawił sprawy samym sobie i o nic nie pytał. Przerwał ta niezręczną chwilę milczenia, gdyż powietrze wydawało mu się tak duszne i gęste, ze nie mógł swobodnie oddychać. Chciał rozładować to nieznośne napięcie.
-Kate, co się stało? Czy to ma jakiś związek z Danny’m? – starał się jak najdelikatniej dowiedzieć o co chodzi.
W duchu już przeklinała Boga, ze nie wysłuchał jej próśb. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że nie wykręci się zdawkową odpowiedzią w stylu „Wydaje ci się, wszystko OK.”, a nawet jeśli teraz Frank dałby za wygraną, to z pewnością wróciłby jeszcze do tematu. Wiedziała tylko, ze jej kłamstwo musi być naprawdę przekonujące, bo wyjawienia prawdy nawet nie brała pod uwagę. Tym razem sama musi poradzić sobie ze wszystkim.
-Bo my..., znaczy ja i on kiedyś byliśmy ze sobą... – z olbrzymim trudem przychodziło jej wciskanie mu wymyślonej, na poczekaniu, historyjki, ale nie miała innego wyjścia.
Kątem oka spojrzała na Franka. Szedł obok, ze spuszczona nisko głową i zawzięcie wpatrywał się w chodnik. Sprawiał wrażenie wściekłego na to, że taki typek kiedyś był z nią w jakiś sposób związany, a co gorsza on (Frank) o tym nie wiedział.
Kate już była przekonana, że on uwierzył w jej kłamstwo. Czuła się podle, jednak wmawiała sobie ze tak będzie najlepiej. Postanowiła kontynuować, wplątując się jeszcze głębiej z zawiłości swojego oszustwa.
-Zerwałam z nim, a dziś chciał po prostu zacząć od nowa – sama uważała, że ta bajeczka jest niezbyt wiarygodna, wręcz żałosna, lecz Frank w nią uwierzył.
-Czy on ci coś zrobił? Przecież widziałem twoją reakcję, gdy go zobaczyłaś... I przypuszczam, ze to nagłe wyjście z klubu tez było spowodowane jego osobą – nie wiedział dlaczego, lecz gdy myślał o niej i o nim razem jakoś nie czuł się najlepiej. Miał ochotę znaleźć go i tak po prostu skopać mu tyłek, bo skrzywdził Kate. Nie rozumiał tego, przecież wiedział, ze ona jest właściwie dorosła i sama decyduje o tym z kim chce być. Mimo to, cholernie dręczyła go myśl, ze była związana z Danny’m. Nagle zauważył wszystkie jego wady, wydał mu się on najmniej odpowiednim partnerem dla niej. Zazdrość...? Nie, przecież to bez sensu.
-Frank, słuchaj! On... on mnie zdradził i ja nie chcę dalej o tym rozmawiać. A w klubie późnej po prostu się pokłóciliśmy i nie miałam ochoty dłużej tam przebywać – miała nadzieję, ze to skończy dyskusję, nie chciała się pogrążać w kolejne kłamstwa, wolała milczenie.
-Ale... on był chyba dla ciebie za stary. Jest chyba rok? Tak, jest rok starszy ode mnie, ma 27 lat! – właściwie nie wiedział po co wypominał różnicę wieku, ale był wściekły, a fakt, że o niczym nie wiedział denerwował go jeszcze bardziej.
-To była moje decyzja i poniosłam jej konsekwencje. Teraz skończmy już ten temat! – nie wiedział do czego zmierzał Frank, ale na chwilę obecną chyba nawet nie chciała wiedzieć. Miała serdecznie dość, zdawała sobie sprawę, ze Danny nie odpuści, a będzie musiał poradzić sobie sama.
-Pożałuje, ze cię skrzywdził... – powiedział pod nosem , właściwie do siebie, zaciskając pięści.
-Zostaw go, nie warto... – tylko tyle zdołała z siebie wydobyć.
Już nic jej nie odpowiedział. Resztę drogi pokonali w milczeniu. Oboje bili się z myślami. Wydarzyło się zbyt wiele rzeczy, które nie powinny się wydarzyć
***
przepraszam ale nie mam czasu powiadamiać teraz xDxD
jutro to zrobię ;pp :)
JasiuPiekarnik.
komentarze [17]
It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 7. >> niedziela, 30 marca 2008 16:48:37
Następnego dnia, gdy po szkole, znudzona przełączała kanały w TV, Frank uświadomił jej, że to początek weekendu i może wyskoczyliby wieczorem na miasto – tak na dobry początek współpracy – jak to określił. Z entuzjazmem zgodziła się na jego propozycję, chęć wyrwania się z domu aż zżerała ją od środka.
-To gdzie idziemy: pub, klub, kawiarnia, restauracja, teatr, opera? Jesteś kobietą, pozwolę Ci wybrać – stojąc oparty o drzwi jej pokoju, starając się zachować powagę, mówił niczym angielski lokaj. Kate spojrzała na niego dziwnie i po chwili oboje wybuchli głośnym śmiechem.
-Taa... to może tą operę odłożymy na inny termin. Rozumiesz, obecny repertuar nie odpowiada moim wymaganiom – również specyficznie akcentowała każdy wyraz, machając przy tym komicznie rękoma. –Hmm... słyszałam, że otwarli niedawno jakiś nowy klub, o ile się nie mylę „Blue Dream”, czy cos w tym stylu. Niedaleko starej fabryki McWorth’a – Dodała, tym razem mówiąc już swoim normalnym głosem.
-OK. brzmi nieźle – uśmiechnął się, cały czas stojący w drzwiach, Frank. Po chwili zmarszczył brwi, jakby sobie o czymś przypomniał. – Kate, ale... wiesz, że tym razem masz nie przeginać. Nie mówię, że nie możesz się napić, tylko zachowaj umiar – spojrzał na nią wymownie.
-Dziś wszystko będzie pod kontrolą. Jakby co, to jesteś w pogotowiu, więc będziesz mnie mógł wynieść i uchronić od spania pod stolikiem – mówił rozbawiona. Chciała obrócić tą sytuacje w żart, ale napotkawszy niezbyt zadowolone spojrzenie Franka, od razu sprostowała. – Ok., ok. bez nerwów, nie upije się. To, co wczoraj sobie wyjaśniliśmy jest jak najbardziej aktualne, więc nie mam zamiaru jutro wypytywać się, w jaki sposób znalazłam się w miejscu przebudzenia – mężczyzna dziwnie na nią spojrzał. Ona sama zrobiła niewyraźną minę (ha! O rutinoscorbinie zapomniała xDxD – przyp. aut.) i streściła. – Dzisiaj będzie spokojnie, nie upije się.
-Wierzę na słowo – zakończył ten dziwny monolog dziewczyny. – Czyli o 21 jestes gotowa, żebym nie musiał czekać na Ciebie – powiedział z uśmiechem od ucha, do ucha i poszedł w kierunku swojego pokoju.
-No zobaczymy kto na kogo będzie czekać! – krzyknęła za nim Kate, a w odpowiedzi usłyszała tylko parsknięcie śmiechu.
***
-Wiedziałem! Wszystkie, zawsze i wszędzie się spóźniacie i trzeba na was czekać – zrzędził Frank, gdy o 21:30 jechali taksówką do klubu.
-Ojj no... czepiasz się szczegółów. Pół godziny poślizgu to nic takiego – uśmiechnęła się do niego Kate.
-Zobaczysz, następnym razem to ja będę przez 3 godziny wybierał strój, robił makijaż i prostował włosy, a Ty będziesz na mnie czekała – droczył się z dziewczyna, udając obrażonego.
-E tam, przesadzasz. Nie zajęło mi to wszystko 3 godzin. Jedyne 2 godziny i 50 minut – wystawiła mu język.
Zabawną konwersację przerwał taksówkarz, zatrzymując się przed „Blue Dream”. Frank zapłacił mu i razem z Kate wszedł do klubu. Zobaczyli tłum ludzi, bawiących się na parkiecie oraz brak jakiejkolwiek wolnej loży. Dla pewności obeszli cały lokal, lecz wszystko było zajęte. Jak na razie nie spotkali też nikogo znajomego. Usiedli przy barze – tylko tam były wolne miejsca. Frank zamówił piwo, a Kate jakiegoś kolorowego drinka. Muzyka, odpowiadająca ich gustom, była podkręcona tak głośno, że z trudem można było pozostać na nią obojętnym i usiedzieć w miejscu. Wyskoczyli więc na parkiet, poszaleć. W tłumie szybko stracili się z oczu. Jednak ani jej, ani jemu nie przeszkadzało to zbytnio. Przyszli tu po to, by się wybawić i odstresować, a szalejąc na parkiecie spełniali swoje zamiary w stu procentach.
Tańczył obok jakiejś długonogiej brunetki. Właściwie nie mógł oderwać od niej oczu, gdy nagle poczuł jak ktoś go łapie za ramię. Gwałtownie odwrócił się i ujrzał starego znajomego, którego nie widział już ładnych pare lat.
-Danny, to serio ty? – krzyczał Frank, ciągnąc chłopaka do baru. Chciał zamienić z nim kilka słów. Dowiedzieć się czym się teraz zajmuje i co u niego słychać, jak to w przypadku, gdy nie widziało się z kimś dość długo. Gdy doszli do wysokiego, lśniącego blatu do razu zaczęli gadać popijając piwo. Okazało się, że Danny od 3 lat pracuje w agencji reklamowej i nadal mieszka w Belleville.
Kate niesamowicie wymęczona szaleńczym tańcem, postanowiła zrobić sobie krótką przerwę. Przy barze zauważyła Franka. Podeszła do niego i już miała coś powiedzieć, gdy rozpoznała chłopaka siedzącego obok Iero.
-Ty...? – krzyknęła zdenerwowana patrząc prosto w oczy Danny’emu. On sam również był zdenerwowany i dziwnie zaniepokojony. Nie uszło to uwadze Franka.
-Wy się znacie? Czy ja o czymś nie wiem? – pytał przenosząc wzrok z Kate na znajomego. – Halo! Ja tutaj jestem! – wydawali się jakby w swego rodzaju transie, patrząc sobie prosto w oczy. Z tego zamyślenia pierwszy wyrwał się Danny.
-Chyba poznaliśmy się na jakiejś imprezie. Kate? Prawda? – zapytał chcąc ratować sytuację.
-Tak Kate. Dobrze pamiętasz, Danny – wyraźnie podkreśliła jego imię, nieprzerwanie wpatrując się w jego oczy. On wydawał się speszony zaistniałą sytuacją.
Frank nie bardzo orientował się w sytuacji. Przypuszczał, że tą dwójkę coś łączy, lub raczej łączyło. Jednak wolał nie myśleć co, gdyż wizja pobicia Danny’ego nie wydała mu się zbyt sympatyczna, a gdyby okazało się że skrzywdził on Kate to Iero byłby zdolny do tego. Wolał więc porozmawiać o tym wpierw na spokojnie z dziewczyną.
Kate w pewnym momencie obróciła się do barmanki, zamawiając kolejnego drinka.
***
idę sie przejść, może do tego małego lasku, za pięknie jest dzisiaj żeby przed kompem siedzieć xDxD
JasiuPiekarnik.
komentarze [38]
ogłoszenie parafialne/It’s Not A Fashion Statement, It’s A Fucking Deathwish... 6. >> sobota, 22 marca 2008 12:46:03
no zabiaram się za to opowiadanie xDxD
koniec wykręcania się, znajdę trochę czasu i napiszę, A CO! xD
jeszcze tylko trochę tu przemebluję i zrobie wiosenno-przedświateczne porządki i coś dodam ;)
w niedzielę najdalej w poniedziałek coś bedzie nowego xD
I chciałam życzyć wszystkim dużych i pięknych (ew. smacznych też, jak kto woli ;P;P) JAJ xDxD
;*
EDIT
nooo napisałam coś nareszcie xD chociaż to "coś" takie jakieś wyszło... :|
***
Od jej wychowawczyni dowiedział się tylko tyle, że wagaruje, że bardzo się zmieniła i opuściła w nauce, ale jeśli tylko zechce może nadrobić zaległości. Nic odkrywczego, wiedział o tym dobrze wcześniej, jednak zapewnił nauczycielkę, że porozmawia z dziewczyną.
Kate poszła na lekcje i co dziwne, nie zerwała się z żadnej. Wiedział że w tym co mówili Linda i Frank jest trochę racji. Olewając wszystko, w pewnym sensie nie była sobą. Zawsze była imprezowiczką i lubiącą zabawę, roześmianą nastolatką. Nieraz zdarzało jej się również upicie do nieprzytomności i ‘luki’ w pamięci. Przysparzała sporo kłopotów, krnąbrny charakterek często dawał się we znaki jej rodzicom. Ale teraz... była po prostu inna. Jedynym wyzwoleniem było kompletne zapomnienie, a to uzyskiwała dzięki dużej ilości alkoholu wlewanej do gardła w niedługim czasie. Odkryła również działanie różnych pigułek i białych proszków – to działało szybciej i skuteczniej, w jej opinii.
Zdawała sobie sprawę z zagrożenia, że może się uzależnić, jednak po prostu było jej to obojętne. Jej własne życie przestawało mieć znaczenie... Nie była pewna, czego tak właściwie, oczekuje, nie potrafiła się odnaleźć.
***
Znów wsiadła do jego samochodu, czując na sobie przenikliwy, badawczy wzrok. Zanim zdążył o cokolwiek zapytać powiedziała, patrząc mu prosto w oczy:
-Byłam grzeczna, nie musisz nic mówić – w jej głosie było słychać coś na rodzaj buntu, ale buntu przeciw sobie. Odwróciła wzrok i wpatrując się w jakiś, tylko jej znany, punkt za szybą, dodała – Chyba musimy spokojnie pogadać.
Frank ruszył nie odzywając się słowem, tylko lekko uśmiechnął się pod nosem. Nie miał ochoty na kolejna awanturę, a teraz już wiedział, że Kate również ma dość krzyków.
Nie pojechali do domu. Frank zatrzymał się przy małej kawiarence, uznał, że to miejsce nadaje się na rozmowę. Nie chciał tego przekładać na inny termin. Wysiedli z samochodu, a gdy brunet zbliżał się do drzwi kawiarni, Kate rzuciła, kopiąc kamyk leżący na chodniku:
-Weź na wynos, dla mnie czarna bez dodatków. Przejdziemy się po parku – dodała widząc jego zdziwione spojrzenie. Po kilku minutach spacerowali długimi alejkami. O dziwno, zważywszy na niezłą pogodę, nie było tu zbyt wielu ludzi. Jedynie nieliczne, zakochane pary gdzieś na ławkach i właściciele czworonogów, biegający z nimi między drzewami.
-Cholera... – Kate na moment przystanęła – Zostawiłam torbę w samochodzie. Masz może fajki? – uśmiechnęła się prosząco do Franka, pokazując białe ząbki. Na co ten wyciągną z kieszeni kurtki paczkę i poczęstował dziewczynę, zabierając, przy okazji, też dla siebie. Podał jej ogień i już po chwili oboje zatruwali czyste powietrze parku, nie oszczędzając przy tym swoich płuc.
-To szkodliwe jest. Skracamy sobie życie – powiedział zaciągając się papierosem.
-Papierosy czy kawa? – zaśmiali się cicho. – A co ty tak o tym? Chcesz rzucić? – spytała upijając łyk gorącego napoju.
-Może kiedyś – zrobił krótką przerwę i spojrzał na idącą obok Kate. – O czym chciałaś ze mną rozmawiać?
Dziewczyna zrobiła miną dziecka, któremu odebrano ulubioną zabawkę. Przez chwilę, gdy tak szli w głąb parku, było tak jak dawniej, tak normalnie. A teraz będzie musiała powiedzieć kilka trudnych dla niej rzeczy, ale już postanowiła – powie mu. Wzięła głęboki oddech i rzuciła gdzieś w trawę niedopałek papierosa.
-Nie podoba mi się to, że tak się kłócimy, cała ta sytuacja, jakby nie patrzeć, jest chora... – chciał cos wtrącić, ale nie pozwoliła mu się odezwać. – Czekaj daj mi skończyć. Zgadzam się z tym, że może i marnuję swoje życie, ale ja po prostu nie mam na nie pomysłu. Nie wiem co robić, by było dobrze. Wszystko jest takie nierealne. Jakbym nie mogła wydostać się z jakiegoś sennego koszmaru. Nie obiecuję jakichś zmian, bo nie wiem jak ich dokonać. Samo skończenie z piciem i narkotykami nie pomoże mi w końcu się pozbierać – mówiła podniesionym głosem, stojąc pośrodku szerokiej alejki, naprzeciw Franka, patrząc mu prosto w oczy. Skończyła szeptem – Mogę spróbować, ale nie oczekuj niewiadomo jakich efektów , bo możesz się zawieść... – spuściła nisko głowę i mocno zacisnęła powieki, bo czuła, że za chwile po policzkach popłyną dwie strużki słonych łez.
Nie mógł tak stać i nic nie robić. Przyciągnął ją do siebie i mocno oplótł ramionami.
-Spokojnie jestem pewien, że mnie nie zawiedziesz i że nie zawiedziesz, przede wszystkim siebie. Razem sobie ze wszystkim poradzimy. Nie rób niczego dla mnie, ale dla siebie. Znam cię dobrze i wiem że jak się przy czymś uprzesz do dopniesz swego – uspokajał ją. Cieszył się w środku, myślał, że będzie mu trudniej doprowadzić do tego by zrozumiała, że musi się otrząsnąć i stanąć na nogach. Wiedział że to dopiero początek, że będzie ciężko jeszcze nie raz, ale najgorsze (jak przypuszczał) ma już za sobą. – Wiesz, z każdego koszmaru można się obudzić. A tobie właśnie zaczął dzwonić budzik – uśmiechał się, szeroko starając spojrzeć w oczy Kate.
-Jak na razie go nie słyszę... – powiedziała smutno, podnosząc na niego wzrok, odsłaniając czerwone od łez oczy – Ale może w końcu go usłyszę – kąciki jej ust delikatnie podniosły się ku górze.
Usiedli na chwile na jednej z ławek. Oboje na oparciu, wykładając nogi na siedzisko. Razem milczeli, ale to nie był rodzaj niezręcznej, krępującej ciszy. Wiedzieli, że nie musza już niczego dodawać, teraz tak było po prostu dobrze.
***
sorka, że to kojejna część w której nic konkretnego się nie dzieje, ale jakoś mam ostatnio wene na takie, takie... przemyśleniowo-filozoficzne notki o.O' Spokojnie, kończe z tym. jakaś 'akcja' tu się musi znaleźć xDxD
dobra nic już nie mówie bo pieprze jak potłuczona.
a wiecie, że ja tak właściwie nie lubię świąt, zwłaszcza wielkanocy ;/;/
taka mała dygresja :D:P
JasiuPiekarnik.
komentarze [13]